piątek, 16 listopada 2012

|7|


~Clare~

- Gdzie idziemy? - jej dziewczęcy głos rozniósł się dookoła. Maroon zakrywał oczy szesnastoletniej już wtedy Ace. Dziewczyna bardzo przypominała 21 letnią Ace, była jednak niższa i miała mniej kobiecą figurę. Nie miała tak, że białego szalika przewieszonego przez szyję. Maroon ubrany w czerwoną bluzę, biały T-shirt, zielone trampki i czarne spodnie do kolan pchał Ace przed siebie. Rudowłosa śmiała się i wyciągając dłonie przed siebie usiłowałowała coś wymacać. Jednak do tej pory nie natknęła się na nic. Nagle jej czerwone trampki natknęły się na schody i dziewczyna instynktownie podniosła nogę do góry. Zaśmiała się po raz kolejny. Nie widziała nic przez chustkę, która zasłaniała jej oczy. Dzięki temu niespodzianka, którą przygotował dla niej Maroon miała utrzymać tajemniczość. W końcu to były jej szesnaste urodziny i pomimo tego, że miał już dziewiętnaście lat to nadal nie chciał się przyznać do tego co czuł w stosunku do Ace. Myślał, że to magiczne miejsce, które znalazł i ta magiczna pora pomogą mu w końcu wyznać jej uczucia i z godnością przyjąć ewentualną odmowę. Aceleve była dla Maroona wszystkim. Przyjaciółką, opiekunem, jego szczęściem i uśmiechem. Była wszystkim co dobre w jego życiu. Nawet nie chciał myśleć o tym jak potoczyłoby się jego życie gdyby jej nie poznał. W pewnym momencie Maroon zatrzymał Ace przez delikatne szarpnięcie za jej ramiona.
- Jesteśmy już na miejscu? - zapytała w tym samym momencie.
- Za chwilę - odparł i przyrzucił ramię przez obojczyk Ace, pchnął drzwi, a rudowłosą uderzyła fala świeżego chłodnego powietrza. Usłyszała dźwięki samochodów, ale zagłuszył je mocno wiejący wiatr. Byli na zewnątrz. Tylko tyle mogła stwierdzić Ace. I pomimo tego, że był sierpień powietrze było dosyć chłodne i Ace ubrana w cienki podkoszulek zaczęła drżeć.
- Jeszcze tylko trochę. - powiedział i lekko pchnął ja do przodu.
- Ej to przestaje być śmieszne. - Powiedziała nadymając policzki i zakładając ręce na piersi, ale nadal nie przestawała iść.
- Zobaczysz, że będzie warto tyle łazić. - zaśmiał się brunet i pchnął Ace dalej. Dziewczyna usłyszała szum liści co przekonało ją, że musieli znajdować się w parku. Nawet nie wiedziała jak bardzo się myliła. Maroon zatrzymał się i wziął głęboki oddech jakby przygotowywał się do czegoś. Zdjął chustę z oczu dziewczyny. Przed Ace ukazał się zupełnie inny krajobraz niż ten, którego się spodziewała.
Byli na dachu jednego z najwyższych wieżowców w Waszyngtonie, a konkretnie na poziomie widokowym. Był to najpiękniejszy poziom  w całym budynku. Dosyć duży i rozciągał się wokół całego budynku. W wielu miejscach wśród metalu posadzona była trawa oraz kwiaty, nawet drzewa zapuszczały tutaj swe korzenie. Ace wstrzymała oddech gdy zobaczyła widok przed sobą. Waszyngton nocą wyglądał jak mozaika różnokolorowych świateł na tle kruczoczarnego nieba. Był po prostu piękny. Maroon ułożył koc na jednym z miejsc z trawą, a na niej postawił koszyk. Musiał to zrobić wcześniej, bo kiedy tu weszli koc był już rozłożony. Ace nadal zdumiona widokiem jaki miała przed sobą stała w bezruchu wpatrując się w dal. Widząc to Maroon uśmiechnął się i przytulił Ace od tyłu. Dziewczyna spłonęła rumieńcem.
- Wszystkiego najlepszego Aceleve!- powiedział pełnym rozradowania głosem. Ace tylko uśmiechnęła się i zacisnęła dłonie na jego przedramieniu. Nie odezwała się nawet słowem. Jej oczy cały czas błądziły po światłach, które delikatnie mrugały wśród ciemności nocy. Powietrze było świeże, a to jeszcze bardziej uspokajało rudowłosą. Dotyk Maroona rozpalał w niej żar. Dziwnie jej było nawet tak o tym myśleć. Jednak nawet najdrobniejszy dotyk Maroona sprawiał, że jej policzki automatycznie stawały się czerwone i miała wrażenie, że jej serce bije co najmniej 2 tysiące razy na sekundę. To dlatego, każdy przebywający z Ace i Maroonem wiedział, że Ace jest zakochana w chłopaku. Dziewczyna jednak nie umiała utrzymać tak ciepłych uczuć na wodzy po prostu nie potrafiła. Największą przeszkodą, dla której Ace powstrzymywała się od wyznania brunetowi swoich uczuć była różnica wieku między nią, a chłopakiem. Były to aż trzy lata.
Nagle Maroon wyrwał ją z zamyślenia podnosząc do góry i kładąc w ramionach. Dziewczyna zdziwiona spojrzała na Maroona. Uśmiechał się niosąc dziewczynę w kierunku koca.
- Co jest księżniczko? - z jego ust padło retoryczne pytanie.
- Księżniczko? Czuj się zaszczycony, że możesz nieść jej królewską mość. - odparła kąśliwie.
- Ależ oczywiście że jestem. - powiedział stawiając ją z powrotem na ziemi. Wyczuła, kiedy jej trampki opadły na czerwono-biały koc w kratę. Cały czas zadzierała głowę wpatrując się w oczy Maroona przenikliwym spojrzeniem. On za to był nieco zmieszany całą sytuacją. Wzrok Ace wywierał na nim presję, pomimo tego, że dziewczyna nic nie mówiła on nadal czuł, że wręcz zmuszała go do powiedzenia kilku naprawdę znaczących słów. Po chwili Maroon odwrócił wzrok tym samym krzyżując plany rudowłosej. Chłopak sięgnął do koszyka, a dziewczyna zrezygnowana opadła na koc. Znów spojrzała na miasto i westchnęła.
- No już, już księżniczko- uśmiechnął się i położył dłoń na ramieniu Ace jednak ta nadal udawała obrażoną. Brunet uśmiechnął się i pomachał czerwoną paczką cukierków. - Cukierka wasza królewska mość? - zapytał. Ace spojrzała na niego kątem oka.
Miała wrażenie, że nagle coś w niej pękło. Ta bariera powściągliwości, którą utrzymywała Ace nagle rozkruszyła się. Dziewczyna przyciągnęła Maroona do siebie sprawiając, że różnokolorowe cukierki rozsypały się dookoła jednak to ich nie obchodziło. Całowali się bez pamięci. Uczucia, które kumulowały się w nich tyle lat zostały nagle wypuszczone.

         Dłonie Ace zadrżały. Nagle jej mięśnie odmówiły posłuszeństwa i koszyk wraz z paczką poleciały na podłogę. Biała posadzka wypełniła się tęczowymi cukierkami. Ace załkała. Po jej policzkach pociekły łzy tłumiące jej oddech. Dziewczyna skuliła się i zakryła usta, aby nie wydobył się z nich pełen cierpienia jęk. Zacisnęła powieki starając się powstrzymać bezustanny potok łez. Teraz bardziej niż wcześniej potrzebowała Maroona. Dlaczego nie potrafiła się uwolnić od miłości do niego? Dlaczego nie potrafiła dać mu odejść? Dlaczego… nie potrafiła po prostu się z tym pogodzić? Mickey i Mia do tej pory dodawały jej otuchy. Sprawiały, że Ace była silna zapominając o wspomnieniach. Jednak teraz gdy brakowało jej podpory w postaci przyjaciółek Ace czuła jak powoli spada. Nie było wokół niej ludzi dla, których chciała żyć. Po drugiej stronie był jednak Maroon. Czekał na nią i Ace po raz pierwszy od dwóch lat pomyślała o pociągnięciu za spust kiedy lufa przyłożona była do jej głowy. Była samolubna, słaba i bezużyteczna… Stała się typem kobiety, której najbardziej nienawidziła…
         I wtedy kiedy Ace kucała między alejkami otoczona mozaiką kolorowych cukierków pojawił się Mark. Był zdyszany i nieco przerażony. Kiedy usłyszał głośny stukot pomyślał, że coś mogło się stać. Jednak kiedy zobaczył płaczącą Ace odetchnął z ulgą i nadal z ciężkim oddechem podszedł do dziewczyny i przykucnął przy niej.
- Co się stało dziecko?- zapytał. Ace ukryła usta w białym szaliku.
- Nikogo nie mam… Ja… - Mark szerzej otworzył oczy i położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Dobrze znał ten ton, jednak bardzo bliska osoba mu osoba często to powtarzała. Był świadkiem tego do czego to doprowadziło, nie chciał, aby to przydarzyło się także rudowłosej. Poczuł obowiązek pocieszenia Ace.
- Nie mów tak dziecko… - Ace podniosła na niego oczy. Duże akwamarynowe tęczówki wbiły wzrok w zdezorientowanego mężczyznę. Kiedy napotkała jego wzrok po prostu odwróciła głowę patrząc na kolorowe cukierki.
- On tam jest czeka na mnie, wiem to… ja … - Ace przerwała w połowie zdania i wzięła jeden z cukierków do ręki. W jej umyśle zagościło nagle tyle uczuć, smutek, euforia, tęsknota. Jej wargi paliły domagając się jego warg podobnie jak jej uszy domagały się jego głosu, a jej oczy zieleni jego tęczówek. Całe ciało Ace domagało się Maroona, chociaż wiedziało, że już nigdy nie będzie mogła go mieć. I przez dwa lata starała się z tym pogodzić. Starała się puścić w niepamięć każde wspomnienie. Jakby próbowała je wszystkie usunąć, ale za każdym razem wyskakiwał jakiś błąd. Ace wiedziała, że Maroon zostanie na zawsze w jej wspomnieniach jednak chciała, aby te wspomnienia wywoływały na jej twarzy uśmiech, a  nie łzy. Chciała zapamiętać Maroona jako człowieka, który nauczył ją kochać i pozwolił jej pokochać kogoś innego. Na razie był jednak niczym kotwica, która ciągnęła dziewczynę na dno- ku śmierci.
- Tak bardzo za nim tęsknię… - dokończyła w końcu znów stając się bezużyteczną beksą, przynajmniej tak w tej chwili siebie postrzegała. Mark spuścił wzrok. Wiedział, że tęsknota za ukochaną osobą jest bolesna tak cholernie bolesna… Poczucie, że ta osoba nie powróci było jeszcze gorsze. Jedynym wyjściem jest jedynie pogodzenie się ze śmiercią tej osoby, a to jest naprawdę trudne gdy drugiej równie ważnej osoby nie ma obok ciebie… Mark przytulił więc Ace do siebie i pozwolił jej płakać na swoim ramieniu. On miał Lorett, aby przejść przez to piekło… Ona nie miała nikogo…
- Moja córka miała na imię Clare… - wydusił z siebie i usłyszał jak Ace delikatnie pociąga nosem nad jego uchem i zaczyna nasłuchiwać. - Kiedy miała 16 lat była prześladowana w szkole. Jej chłopak i przyjaciółka umarli na jakąś nową nieuleczalną i rzadką odmianę grypy. Ona… popełniła samobójstwo… - Ace otworzyła usta aby coś powiedzieć. Mark utożsamiał Ace z Clare. Jego własna córka była właśnie w takiej sytuacji w jakiej właśnie teraz znajdowała się Ace. Nie mógł pomóc Clare, dla niej było za późno, ale teraz Mark mógł ocalić Ace. Mógł wyciągnąć ją z tej bezdennej pustki. Nie miał zamiaru pozwolić jej się zabić.
- Posłuchaj chcę, żebyś wiedziała, że twoi bliscy będą cierpieć tak jak ty teraz… wiem, że nie chcesz ich narazić na takie cierpienie… - Mark lekko się zakołysał. Raz w lewo, raz w prawo. Jakby próbował uśpić Ace, którą trzymał w ramionach niczym w ciepłej kołysce. Oślepiające światło jarzeniówek padało na nich, a dźwięk jaki wydawały żarówki był jedynym co prócz ciężkiego oddechu Ace wypełniało halę. W myślach Ace pojawiły się obrazy, wyobrażenia cierpiących przyjaciółek. Doświadczała właśnie tego samego cierpienia jakie przeżyją one kiedy Ace zdecyduje się na samobójstwo…
- A on? - zapytała cicho. Jej umysł nadal zaprzątały myśli o zmarłym ukochanym, których ni jak nie mogła się wyzbyć.
- Jestem pewny, że on będzie cierpiał najbardziej ze wszystkich. Co byś czuła gdyby ktoś kogo kochasz zginął z twojej winy Ace? Jestem pewna, że jeżeli cię kocha to poczeka na twoją prawdziwą śmierć… - zawahał się na chwilę- Eh… nie zabrzmiało to dobrze…-  Ace zachichotała cicho. Ojcowskie ciepło jakim otoczył ją Mark wywołało uśmiech na jej twarzy kiedy dziewczyna chwilę temu nawet nie myślała o tym aby się uśmiechać. Zamknęła oczy i wsłuchała się z bicie serca mężczyznt. Pogładził ją po ramieniu i znów zaczął kołysać się raz na lewo raz na prawo… Cieszył się, że Ace zrozumiała, cieszył się, że udało się mu przekonać ją aby zmieniła zdanie, ponieważ kiedy patrzył na Ace zasypiającą w jego ramionach widział nikogo innego jak tylko swoją najukochańszą Clare.

         Zmrużył oczy kiedy mocny wiatr zawiał prosto w jego twarz. Poczuł przyjemny chłód na policzkach i uśmiechnął się nieznacznie. Wiatr sprawił, że kosmyki jego białych jak śnieg włosów zatańczyły, a wraz z nim jego czarny szalik. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Niebo przybrało pomarańczowy kolor, a powietrze stawało się coraz chłodniejsze i po kilku minutach po jego oddechu w powietrzu pozostawała biała mgiełka, którą szybko zabierał ze sobą wiatr. Z westchnieniem oparł podbródek o metalową poręcz balkonu. Kolejny dzień przemijał bez pamiętnie. Patrzył na panoramę Savanny jednak kolejne miasto duchów nie robiło na nim większego wrażenia. Było po prostu puste i nie było w nim niczego czego szukał, a raczej nikogo. Odwrócił się tyłem do miasta i spojrzał przed siebie na zniszczone mieszkanie po, którym pałętał się jego towarzysz. Mężczyzna o białych włosach ubrany od góry do dołu w czerń nerwowo chodził po mieszkaniu rozglądając się dookoła. W końcu odwrócił się w stronę swojego towarzysza, a ich oczy spotkały się.
- Jedziemy? - zapytał przystając na chwilę w bezruchu. Chłopak stojący na balkonie najpierw spuścił głowę w zamyśleniu, a następnie pokiwał nią nieznacznie. Był zawiedziony i to było naprawdę widoczne i według jego towarzysza uzasadnione. Mężczyzna, który do tej pory stał w mieszkaniu stanął w wejściu na balkon i opierając się o framugę drzwi posłał swojemu koledze współczujące spojrzenie.
- Hej jestem pewien, że w końcu ją znajdziemy, nie załamuj się stary. - mężczyzna uśmiechnął się, a drugi odpowiedział mu tym samym. Poprawił szalik i wziął głęboki wdech jakby spadająca temperatura zaczęła mu doskwierać. Jego wzrok kątem oka padł najpierw na dół gdzie stały dwa czarne motory własność jego i jego towarzysza. Późnej znów na panoramę Savanny.
- Wiem, jesteśmy już blisko… czuję to.
~*~
No i za nami kolejny siódmy już rozdział. Rany wena mnie nie opuszcza i bardzo się z tego cieszę mam nadzieję, że wy też miśki ;* A pro po miśki to sposób w jaki żegnam się z kumplami na skype i zagadka rozwiązana ^^

__________

CDN

piątek, 9 listopada 2012

|6|



~Hala VanMarkt~

Kiedy obudziła się w zupełnie nieznanym jej miejscu szybko poderwała się z łóżka. Potem jednak odetchnęła z ulgą przypominając sobie gdzie tak naprawdę się znajdowała. Była w domu Kinweyów i co najważniejsze - była bezpieczna. Z powrotem opadła na miękką pastelowo różową pościel w kwiatowe łatki. Pokój był przyjemny dla oka, wyglądał jednak jak pokój małej dziewczynki, cały w różu. Podobnie było z tapetą w biało-różowe paski i półkami wypełnionymi miśkami. Wyglądał jakby dopiero co wyprowadziła się z niego mała dziewczynka. Ace dokładniej rozejrzała się po pokoju i zauważyła małą komodę z kilkoma zdjęciami i stertą ułożonych w kostkę ubrań, które zapewne były przeznaczone dla Ace. 
   Rudowłosa przetarła oczy i ziewnęła przeciągle. Czuła się jeszcze bardziej zmęczona niż w momencie w, którym położyła się do łóżka. W dodatku myśli huczące w jej głowie denerwowały ją. Wiedziała, że jej Cyber-siatka zniknęła z mapy Mii i wiedziała, że prawdopodobnie w tym właśnie momencie obie dziewczyny martwią się o Ace i odchodzą od zmysłów. Wiedziała, że obie mogły obwiniać się o jej domniemane zaginięcie. Wiedziała, że musi jak najszybciej przekonać Lorett i Marka do przeprowadzki. Nie znała się bowiem na technologii i nie umiała naprawić swojej Cyber-siatki zawsze zajmowała się tym Mickey i śmiała się z jej niewiedzy na temat technologii. Pomimo tego Ace lepiej znała się na nauce, jako jedyna z ich grupy miała chociaż cień szansy na znalezienie szczepionki, to i tak nie poprawiało jej humoru. Próbowała tak długo, a nadal była w tym samym punkcie co dwa lata temu. To nadal wydawało jej się zbyt trudne. Ace zwlokła się z łóżka i zaczęła powolnym krokiem snuć się w kierunku komody. Znalazła na niej parę jeansów, biały podkoszulek i bieliznę. Jednak to nie ubrania zwróciły uwagę dziewczyny, ale zdjęcie oprawione w starą drewnianą ramkę. Była na niej cała rodzina Kinweyów. Lorett, Mark i ich córka, właścicielka pokoju w, którym teraz stała Ace. Była złudnie podobna do Lorett, miała oliwkową karnację i skandynawskie oczy matki, jednak włosy były jaśniejsze i prostsze niż włosy Lorett. Była naprawdę piękną kobietą. Na zdjęciu miała na oko 17 lat, ale zdjęcie było stare i Ace nie miała zielonego pojęcia co mogło się stać z dziewczyną. W najgorszym wypadku została jedną z nich, przestała być człowiekiem. To na pewno musiało boleć Lorett i Marka. Jak trudno było zabijać zombie wiedząc, że twoja własna córka może być jedną z nich? Czuła to samo za każdym razem gdy pociągała za spust. Skąd mogła wiedzieć, że to nie Maroon? Jednak radziła sobie. Po prostu odrzucała tą myśl i skupiła się na innej. “To już nie są ci sami ludzie”. 
   Odstawiła zdjęcie na komodę i zajęła się ubraniami. Szybko zrzuciła swój czarny kombinezon w, którym musiała zasnąć i wtedy zdała sobie sprawę, że naprawdę potrzebowała kąpieli. Wzięła więc swoje ubrania i nadal w bieliźnie wyjrzała zza drzwi pokoju. Nie było trudno rozpoznać łazienkowe drzwi. Były białe i przeszklone. Sprawdziła czy przypadkiem nikt nie szedł po korytarzu i szybko podreptała w kierunku łazienki. Kiedy otworzyła drzwi zaskoczyła ją przestrzeń w jakiej się znalazła. Myślała, że łazienka będzie mniejsza w rzeczywistości była to mniej więcej połowa pokoju córki Kinweyów. Po jej prawicy znajdowała się podwójna umywalka z dużym lustrem pod którym stały kubki ze szczoteczkami i pastami do zębów. Tuż obok stała toaleta, a przy przeciwległej ścianie duża wanna z prysznicem. To było coś czego Ace naprawdę potrzebowała. 
Długiej gorącej kąpieli. 

Oczy Mii same zamykały się pod wpływem zmęczenia po całonocnych poszukiwaniach przyjaciółki. Te jednak zdały się na marne, nic nie znaleźli nic a nic. Może nie powinna się martwić? Może Ace sobie radziła? Być może znalazła sobie ciepłą kryjówkę na noc i już teraz jest w drodze? Jednak to nie wyjaśniało zniknięcia jej Cyber-siatki z mapy… Coś musiało się stać… 
- Hej nie śpij! - usłyszała donośny głos Fava i otworzyła oczy. Siedział obok niej, na jednym z pagórków na pograniczu lasów i pól. Mia podniosła się na łokciach i rozejrzała się dookoła. Las za nimi nie wydawał się mroczny, był bezpieczny i spokojny zupełne przeciwieństwo lasu, który rozdzielił dziewczyny. Na wprost rozpościerały się pola na, których szczycie leżeli. To była pora zbiorów, więc po wszystkich złocistych polach kręcili się rolnicy i przejeżdżało kilka kombajnów. U stóp pól położone było miasto. Zbudowane z niemal dwustu jednorodzinnych domów wydawało jej się mikroskopijne z tej odległości. Wydawało się puste jak każde inne miasto teraz, ale Mia wiedziała, że tak nie jest, wiedziała, że tętniło życiem. Cały teren bezpiecznej strefy otaczały stalowe mury uniemożliwiające stworzeniom dostanie się do środka. W dodatku wszędzie kręcili się Hunterzy odpowiedzialni za ochronę strefy. To było teraz ważne, ochrona tego co już mieli. I pozyskiwaniem tego co mogli stracić. Było jeszcze wielu ludzi, którzy nie wiedzieli że mogą być bezpieczni. Doskonałym tego przykładem byli Patric i Deene. 
- Głodna? - zapytał Fave odrywając oczy Mii od krajobrazu, zamiast tego przeniosła je na papierową torbę w dłoniach Fava. Podniosła się i usiadła bliżej bruneta. 
- Zawsze- powiedziała wyrywając chłopakowi torbę. Zajrzała do środka, a z środka wydostał się wspaniały miodowy zapach bułek. Od tego zapachu jej żołądek zacisnął się, do tej pory tego nie czuła, ale była głodna. Wzięła jedną z bułeczek i ugryzła kawałek. Nie mogła powstrzymać zachwyconego jęku, który wydostał się mimowolnie z jej krtani. Fave zachichotał. 
- Mamy tu chyba najlepszego piekarza u jakiego kiedykolwiek jadłem. - powiedział nadal śmiejąc się z reakcji Mii. 
- Potwierdzam - powiedziała kończąc pierwszą z pięciu bułek. Oparła głowę o ramię chłopaka, ten z kolei objął ją ramieniem i schował twarz w jej włosach upajając się dawno zapomnianym zapachem. 
- Naprawdę mi ciebie brakowało. - stwierdził, a Mia mimowolnie uśmiechnęła się. 
- Wiem ile razy dziękowałam Bogu, że należysz do łowców? - zadała retoryczne pytanie i mocniej wtulając w jego ramiona położyła swoją dłoń na jego dłoni. - Ace kocha człowieka, który jeżeli żyje to należy do odkupicieli. Jestem szczęściarą, że mam ciebie tutaj. - powiedziała dziewczyna uśmiechając się do chłopaka. Spojrzała mu w oczy. Zawsze uważała, że były piękne miały taki soczysty fioletowy kolor, jedyny w swoim rodzaju. Zapierający dech w piersiach Mii. Fave przybliżył się a jego twarz znalazła się kilka centymetrów od twarzy Mii. Czuł jej ciepły oddech na skórze i uśmiechnął się. 
- Chyba nie masz zamiaru jeść tego sama? - zapytał szybko wyciągając dłoń w kierunku papierowej torby. Jednak dziewczyna była szybsza i zabrała torbę z zasięgu Fave i tym samym przewróciła się, a chłopak, który cały czas opierał się o nią poleciał na ziemię razem z nią. Dziewczyna zachichotała kiedy uderzyła o ziemię i przytuliła do siebie papierową torbę jakby chciała bronić tych bułeczek za cenę życia. Fave ułożył się obok niej na boku i cały czas wbijał w nią wzrok. Dziewczyna miała na wargach uśmiech, pozostały po śmiechu i z tym uśmiechem spojrzała Favowi w oczy. Chłopak wziął ją za rękę. 
- Nie martw się, znajdziemy ją. - powiedział uśmiechając się do dziewczyny. Mocniej ścisnęła jego dłoń. Ten drobny gest, który dla innych był często zbyt śmiały dla niej należał do normalności. Lubiła dotyk Fave, a on sprawiał, że wierzyła w każde jego słowo. 

Ace odłożyła sztućce na talerz, a te dźwięcznie obiły się o jego powierzchnię. Rudowłosa zmęczona jedzeniem opadła na oparcie krzesła tym samym oznajmiając Lorett, żeby jej już więcej nie nakładała. Była pełna. Co prawda perspektywa kolejnego pysznego omletu Lorett była kusząca, jednak Ace wiedziała, że musi zachować umiar. Zamiast tego wzięła łyk mocnej kawy i zaczęła obserwować brązowowłosą. Kobieta żwawo krzątała się po kuchni to coś czyszcząc to zmywając naczynia to zalewając herbatę dla Marka. Mężczyzna jeszcze nie wstał, ale Lorett nie narzekała po prostu robiła dla niego śniadanie. Jednak kiedy postawiła śniadanie naprzeciw Ace i spojrzała na zegarek jej wzrok był co najmniej zdenerwowany. Jednak po chwili jedynie westchnęła i zabrała brudny talerz sprzed nosa Ace. 
- Zdecydowaliśmy się. - powiedziała kiedy doszła do zlewu i ostrożnie włożyła naczynia do nagrzanej wody. Ace przeniosła na nią wzrok i chwyciła w dłonie kubek ciepłej herbaty. Czekała, aż Lorett dokończy. 
- Chcemy jechać z tobą, ale daj nam kilka dni dobrze? - zapytała Lorett obracając się przodem do rudowłosej. Ich spojrzenia spotkały się. Woda spływała z palców Lorett na drewniany blat. Ace uśmiechnęła się i pokiwała głową, na znak, że jest jej obojętne kiedy to się stanie, ważne jest aby się stało. Chociaż musiała przyznać, że tęskniła za przyjaciółkami. Bardzo tęskniła. 
- Dziękuję w tym czasie mogę spróbować naprawić twoją Cyber-siatkę. - Ace uniosła brwi na dźwięk słów Lorett. Ona miała naprawić jej cyber-siatkę? Bardziej spodziewała się tego po Marku, jednak chyba w tej rodzinie role były odwrócone. 
- Znasz się na tym? 
- Oczywiście. Mam specjalizację inżynierską. - Odparła. Tego Ace się nie spodziewała. Jednak coś tu nie grało. 
- Myślałam, że to twój mąż … - Nie dokończyła Lorett roześmiała się. 
- Nie, Mark uwielbia samochody dlatego otworzył tą stację ja pracowałam na uniwersytecie w Chicago. - Dom w, którym się teraz znajdowała był zupełnie inny od tego do, którego przywykła. Matka Ace była mikro-biologiem, przez co cały czas pomagała jej w lekcjach, natomiast jej ojciec był agentem FBI. Mama zupełnie nie znała się na elektronice, dlatego do tej pory Lorett tak bardzo przypominała Ace utracone matczyne ciepło. - Myślę, że będzie chciał pogrzebać trochę przy twoim motorze. 
- Pozwalam, tylko niech mi go nie rozwali. - Ace zaśmiała się, a Lorett jej zawtórowała. Wzrok kobiety znowu powędrował na ścienny zegar i tym razem kobieta nie miała zamiaru darować. Wyszła z kuchni i skierowała się w stronę schodów. Ace jeszcze przez chwilę słyszała jej miarowe kroki, a chwilę później do jej uszu docierało tylko równomiernie tykanie zegara. Dziewczyna westchnęła pogrążona w myślach. Upiła łyk herbaty z kubka i wbiła wzrok w swoją porwaną Cyber-siatkę i powinna przyznać, że nie wyglądało to najlepiej. Podobnie jak rana na jej lewej ręce. Schludnie zabandażowana, jednak opatrunek wymagał zmiany. Rany zadane przez szpony stworzeń słynęły z tego, że goiły się szmat czasu. Nawet tak powierzchowne jak zwykłe zadrapanie. Na szczęście przez takie coś nie mogła się zarazić. Ace westchnęła. Szczerze?
Nie chciała czekać, jeszcze kilku dni, żaby znaleźć się u boku przyjaciółek. Chciała już tam być. Jej myśli rozproszył krzyk. 
- Bez dyskusji! - usłyszała stłumiony krzyk Lorett dobiegający z góry. Ace dopiła herbatę i wychyliła się rozglądając się po korytarzu domu. Chwilę później wkurzona Lorett wparowała przez drzwi. Podeszła do blatu wzięła głęboki oddech i z gorzkim uśmiechem na ustach obróciła się w stronę Ace. 
- Mogłabyś coś dla mnie zrobić skarbie?- zapytała

Promienie słoneczne oświetliły jej twarz, a Ace musiała zmrużyć oczy. Miała wrażenie, że zaraz oślepnie. Popołudniowe słońce przebiło się przez szyby samochodu. Ace czuła jak osuwa się w skórzanym fotelu samochodu. Podniosła się i przetarła oczy. Mark zatrzymał auto, a rudowłosa spojrzała w jego stronę. Mężczyzna poprawił czapkę i zaczął szperać w schowku. Ace wyszła z samochodu i przeciągnęła się oddychając świeżym leśnym powietrzem. Przed nią rozciągała się ogromna metalowa hala przypominająca wyglądem hangar. Srebrna ogromna puszka stojąca pośród lasu otoczona rozległym betonowym parkingiem urosła jak spod ziemi. Ace rozejrzała się i z wyraźną wrogością popatrzyła na las. Wiedziała co się w nim kryje. Usłyszała szczęk metalu i to jak ktoś wypuszcza go z rąk. Ace wiedziała, że ktoś rzucił tym w jej stronę. Po dwóch latach treningu musiała mieć oczy dookoła głowy. Odwróciła się więc i chwyciła przedmiot. Okazało się, że była to jej snajperka. Dziewczyna kiwnęła głową w podziękowaniu w stronę Marka i założyła broń na plecy. Kiedy czuła ciężar czarnego karabinu snajperskiego automatycznie się uspokajała. Doskonale znała ten przyjemny chłód, a jej ciężaru nie pomyliłaby z niczym innym. Mark spojrzał złowrogo w stronę zamkniętych na kłódkę drzwi hangaru. Był to oczywiście wjazd dla ciężarówek im raczej za wejście posłuży mniejsze wejście. Ace zaczęła się powoli kierować ku niemu. Cały czas miała oczy dookoła głowy i zwracała uwagę na każdy nieznany dźwięk. Dobrze wiedziała, że zapach krwi krążącej w jej żyłach i cień, który hala rzucała na parking przed nimi mógł być kuszący dla stworzeń kryjących się w lesie. To dlatego Mark dał jej karabin, aby mogła ich obronić kiedy on nie będzie w stanie tego zrobić. Mark podszedł do drzwi, a w momencie gdy i kroki Ace ucichły dziewczyna usłyszała cichy dźwięk łamanych gałęzi. Nie byłaby zmartwiona gdyby nie wydawał jej się tak bliski. Wiedziała bowiem, że w lesie czai się chmara zombie, a on nic nie mogła z tym zrobić. Jeden krok w las i byłaby martwa. Jednak, że dźwięk, który Ace początkowo zignorowała zaczął się nasilać. Mark nadal mocował się z kłódką szukając odpowiedniego przedmiotu w grubym pęku kluczy. Ace zdjęła karabin z pleców i zaczęła się rozglądać dookoła. Najpierw w prawo. Zbyt małą uwagę przywiązała do dźwięku aby teraz znaleźć jego źródło. Jednak chwilę później dźwięk ponowił się i wtedy Ace była pewna skąd pochodzi. Odwróciła się więc do tyłu i niemal natychmiast oddała strzał. Jedno ze stworzeń zdążyło wyskoczyć z lasku za nimi na osłonięty cieniem parking. Teraz jego ciało padło martwe na asfalt, a głowa oderwana przez rozszarpujące pociski potoczyła się na osłonecznioną część parkingu. Stworzenie już nie czuło bólu, ale kiedy jego głowa potoczyła się na słońce jego skóra natychmiast z brudnej bieli przybrała odcień brązu. Zastygła krew z bulgotem wylała się z jego żył. Wirus zmieniał ludzką krew w substancję o niższej niż przeciętna temperaturze wrzenia i to dla tego chowały się w cieniu bojąc się wyjść na słońce. Nawet jeżeli to nie grzało mocno one nadal się go bały, tak dla reguły, a że były to zwierzęta bezmózgie nie miały zamiaru tego sprawdzać. Mark otworzył drzwi do hali, a w tym samym czasie Ace zastrzeliła jeszcze dwa stwory czające się w lesie, które obnażając kły szykowały się do skoku. Słońce jednak było już znacznie wyżej niż wcześniej. Powoli skok stawał się dla nich niemożliwy. Ace zarzuciła karabin powrotem na plecy wyciągając rude włosy z objęć paska. Mark nadal pochylał się nad kłódką jednak chwilę później zdjął ją z zamka i otworzył drzwi. Metal z jakiego je wykonano przejechał po metalowych płytach jakimi wyścielona była podłoga, wydając piskliwy dźwięk. W hali panował zmrok. Ace sięgnęła za siebie i musnęła palcami rękojeść karabinu jednak w ostatniej chwili zatrzymała ruch. Mark zaczął wymacywać włącznika światła. Jednak wrażenie, że ktoś lub coś tu jest nie opuszczało Ace. Dziewczyna sięgnęła lewą dłonią do panelu celowniczego i nacisnęła jeden z małych przycisków na metalowej konsoli obok holograficznego wyświetlacza. Obraz rozjaśnił się i zajarzył zielenią. Wszystko stało się jasne i dokładne. Ace rozejrzała się wyszukując choćby śladu ruchu, jednak nic nie znalazła, a w tym samym momencie w, którym Ace sięgnęła aby wyłączyć noktowizor Mark zapalił światło. Ace krzyknęła kiedy światło oślepiło jej lewe oko i natychmiast wyłączyła urządzenie. Mark obrzucił ją dziwnym wzrokiem kiedy ta rozmasowywała oko. 
- Noktowizor- powiedziała i mrugnęła kilka razy. 
- Wybacz nie wiedziałem - odparł Mark, a Ace machnęła dłonią. 
- W każdym razie… - dokończył Mark i rozłożył ręce jakby chciał objąć ramionami całą halę. - Witaj w hali VanMarkt. - powiedział. Ace w końcu miała okazję dokładnie przyjrzeć się całemu otoczeniu. Hala była wypełniona produktami różnej maści stojącymi na wysokich ustawionych do siebie równolegle półkach. Bała tak wielka, że Ace ledwo co widziała wyjście po drugiej stronie. Wyciągnęła złożoną na 4 kartkę na, której Lorett zapisała listę rzeczy, które należało kupić przed podróżą. Skrzywiła się gdy rozłożyła kartkę i zobaczyła, ze jest cała zapisana. 
Jakim cudem ona miała to wszystko znaleźć?
- Ja poszukam swoich rzeczy tam a ty idź tam. - Mark wskazał na półki po lewej stronie i skierował się w prawo. Mark był małomówny i Ace powoli się do tego przyzwyczajać. Rozejrzała się zauważając, że na każdej półce napisany był jej dział. Jak artykuły cukiernicze lub wyroby zbożowe. Ace wzięła mały metalowy koszyk i weszła między dwie wysokie półki dokładnie między dwa wyżej wymienione działy. Czuła jak jej wspomnienia powracają. Na zakupach nie była od dobrych dwóch lat. Szła między półkami co chwilę wyszukując na nich produkty ze starannie napisanej przez Lorett listy. W końcu doszła do kruchych ciasteczek z czekoladą. Zaczęła więc wzrokiem skanować półki szukając owego produktu jednak jej wzrok przykuło coś innego. Duża czerwona paczka owocowych cukierków. Doskonale je pamiętała. Pamiętała kiedy pierwszy raz ich spróbowała. Jeszcze dwa lata temu to wspomnienie było wspaniałe, przywołujące na twarzy uśmiech i wywołujące w sercu radość teraz przynosiło Ace jedynie ból. 

 ~*~
Trochę późno co? Cóż przepraszam ale ten dzień nie jest dla mnie najlepszy w dodatku miałam dzisiaj wywiadówkę zabijcie mnie =.= Zęby mnie bolą przez jakieś głupie separacje do aparatu i zaraz wezmę jakieś tabletki bo chyba wykituje ... W każdym bądź razie dziękuję wszystkim, którzy to czytają i komentują wasze wsparcie jest naprawdę nieocenione miśki ;* nie no naprawdę muszę sobie przypomnieć dlaczego tak mówię! hmm... jak sobie przypomnę do następnego piątku to dam wam znać ^.^
__________

CDN

piątek, 2 listopada 2012

|5|


~Lorett i Mark~

Dzień dobry misiaki ;* Mogliście ba na pewno zauważyliście że zmieniłam szablon na że tak powiem bardziej mroczny, który zresztą bardziej pasuje do nieco horrory-stycznej treści opowiadania ;3 dziś jest piątek więc pora na nowy rozdział zapraszam więc do czytania ;D 

Czerwony wskaźnik paliwa chylił się powoli ku zeru. Ace gwałtownie skręciła, a pisk opon rozniósł się dookoła. Paliwo kończyło się, a ona niebyła jeszcze nawet w połowie drogi. Autostrada nie była jednak daleko. Wtedy jednak spojrzała w niebo. Jego błękit zabarwił się soczystą pomarańczą. Powoli zapadał zmrok, odbijający się strachem w oczach Ace. Bez paliwa była skazana na wymarcie, dosłownie. Musiała znaleźć stację paliwową, albo jakąś kryjówkę, oba najlepiej. Przystanęła na chwilę podnosząc lewą dłoń. Cyber-siatka zabłyszczała, a Ace zaczęła szukać na mapie najbliższej stacji benzynowej i znalazła ją. Przy polnej drodze niedaleko, powinna zdążyć dojechać przed zmrokiem, musiała się tylko pospieszyć. Uruchomiła więc ponownie silnik który zaryczał niczym lew i ruszyła do przodu. Skręciła na polną drogę i postanowiła się trzymać jak najdalej od ściany lasu. Była pewna, że już widziała tam blade ślepia czekające na to, aż Ace się zbliży. Jednak ona jedynie przyspieszyła, próbując uniknąć ich szpon. Zatrzymała się na górze, czekała ją jeszcze droga w dół, ale stąd widziała stację. Była otoczona tekturą i deskami ze wszystkich stron, a za tą tekturą zauważyła metalową siatkę. Wytężyła wzrok, a osłonka na jej prawym oku przybliżyła obraz. Teraz Ace mogła się dokładniej przyjrzeć całej stacji. Metalowa siatka, była podpięta pod bezpieczniki domu co zapewne oznaczało, że była pod napięciem. Jakikolwiek zombie próbował się przebić smażył się jak frytka. W dodatku nie mieli na co się wspiąć dookoła stacji było jedynie szczere pole. To nie była opuszczona stacja ktoś musiał nadal tutaj być. To oznacza, że jeżeli przyjmą ją chociaż na tą jedną noc mogła być ocalona! Pytaniem było czy ją wpuszczą? Wtedy leśne syki stały się głośniejsze i bardziej natarczywe. Było mało czasu w lesie zabrakło już słońca, a zombie chętnie wychodziły ze swych nor. Wiedziała, że za chwilę nie będą bały się znaleźć i tutaj, gdzie teraz na szczęście jeszcze panowało słońce. Musiała się spieszyć. Znów ruszyła do przodu, aby za chwilę zatrzymać się wślizgiem tuż przy płocie. Zeszła z maszyny i przeszła do przodu szukając furtki i znalazła ją szczelnie zablokowaną od środka. W dodatku wymagało by to wyłączenia prądu. Więc Ace zrobiła to co w takiej sytuacji zrobiłby każdy człowiek.
Zaczęła krzyczeć.
- Proszę wpuście mnie! - krzyknęła na cały głos. Wiedziała, że krzykiem przyciąga powoli wychodzące zombie, ale czy miała jakieś wyjście? A tak było jeszcze jedno. Zostać tu czekając aż zjedzą ją zombie. - Proszę skończyła mi się benzyna! Proszę mam jedzenie! Wpuścicie mnie! - krzyczała bez przerwy, drażniąc gardło. Tłukła w bezpieczną tekturę mając nadzieję, że to pomoże i najwyraźniej miała rację. Bo przez jej krzyk i stłumione jęki stworzeń przebił się dźwięk otwieranych drzwi. - Proszę! - powtórzyła, a tym razem jej głos był pełen zrezygnowania i nadziei na to, że ktoś w końcu się nad nią zlituje. Kolejny dźwięk przebił się przez krzyk.
- Natychmiast wyłącz te bezpieczniki! - Ace usłyszała kobiecy krzyk. Z tego co słyszała kobieta było nieco zdenerwowana i do tego w średnim wieku, jej głos miał ten typowy wydźwięk. I wtedy z metalowego ogrodzenia przestały sypać się iskry, a Ace ustawiła motor u swojego boku gotowa na ucieczkę lub na przyjęcie gościny. Kobieta zaczęła nieudolnie otwierać kłódkę cicho klnąc pod nosem. I wtedy inicjatywę przejął jakiś mężczyzna. Jego kroki były cięższe, a głos zachrypnięty.
Ace obejrzała się za siebie. Zombie zaczęły powoli wychodzić z lasu przed nią. Rudowłosa wyciągnęła snajperkę i umieściła lewe oko w celowniku. Dawała ludziom czas na otworzenie dla niej drogi. Strzały rozlegały się jeden po drugim, a trupy padały dokładnie w takim samym tempie, jeden z nich zdążył dobiec do niej, ale jedyna krzywda jaką jej wyrządził zanim odstrzeliła mu łeb to zadrapanie lewej ręki. I kiedy kłódka w końcu dała za wygraną, drzwi otworzyły się, a kobieta myślała o tym, że ktoś za tymi drzwiami kuli się ze strachu. Zamiast tego zobaczyła zdeterminowaną dziewczynę, która raz po raz zabijała kolejne stwory zanim one mogły się chociaż zbliżyć. Po kilku sekundach  szok minął. Mężczyzna wyszedł przed furtkę i wyciągnął myśliwską snajperkę. Był nieco przy tuszy i z pewnością ważył więcej niż 90 kilo, ale były to pewne w połowie mięśnie. Ace mogła ocenić jego wiek na 40 góra 50 lat. Jego czarne włosy i broda już lekko posiwiały, a na jego twarzy pojawiły się pierwsze zmarszczki. W pierwszym momencie kiedy stanął przed nią poczuła spojrzenie jego ciemnych oczu na sobie, wydawały jej cię odrobinę wściekłe. Wtedy kiedy straciła głowę zastanawiając się nad wszystkim, kobieta której głos usłyszała chwyciła ją za ramię pospieszając ją aby w końcu weszła do środka. Ace przełożyła więc snajperkę na plecy i chwytając za kierownicę pchnęła motor do przodu. Starała się robić to jak najszybciej, praktycznie biegła, a gdy znalazła się przy stacji postawiła motor na stopce. W tym czasie mężczyzna wycofał się za bramkę i krzyknął w stronę rudowłosej.
- Bezpieczniki!- To chyba miało oznaczać, że Ace musi włączyć prąd z powrotem. Przeniosła więc wzrok na pomarańczowy kabel biegnący od generatorów i tak znalazła skrzynkę z bezpiecznikami tuż obok okna. Podbiegła do niej i spojrzała za siebie kiwając głową na znak, że jest przygotowana. W tym samym czasie kobieta zamknęła drzwi za mężem i szybkim ruchem założyła kłódkę, to już nie wymagało tyle zachodu, a kiedy jej ręce nie miały już styczności Ace włączyła bezpieczniki. I kiedy było już po wszystkim Ace opadła na beton opierając się o ścianę. Ile się dzisiaj wydarzyło? Miało być przecież tak spokojnie. Mieli dojechać do bezpiecznego miasta wziąć rozkazy od dowódcy i odpoczywać przez co najmniej tydzień. Może w końcu poczułaby się jak za dawnych czasów. Jednak to nie było jej dane, jednak nie. Spojrzała w górę. Kobieta szła w jej kierunku i dopiero teraz Ace mogła jej się przyjrzeć. Miała ciemną skórę koloru mlecznej czekolady, krótkie ciemne kręcone włosy i coś co najbardziej fascynowało Ace w jej wyglądzie, te jasnoniebieskie skandynawskie oczy. Musiała być mulatką. Podeszła do niej i przykucnęła obok. Położyła dłoń na ramieniu Ace.
- Wszystko w porządku? - zapytała. Ace pokręciła głową.
- Bałam się. - przyznała. To prawda, od dwóch lat Ace miała przeżyć samotną noc wśród zombie. Mia i Mickey zawsze tam były, aby kryć jej tyły. Więc nie wiedziała co naprawdę znaczy samotność i nie chciała wiedzieć.
- Wiem, każdy się czasem boi…- powiedziała kobieta kojącym głosem. Ace schowała twarz w kolanach. Jej czerwone włosy dodatkowo ją zasłoniły. Z trudem powstrzymywała łzy. Zagryzła wargi próbując się uspokoić. Cholera dlaczego to zawsze działo się jej?
- Jestem łowczynią nie powinnam się bać. Po prostu nie powinnam. - Powiedziała podnosząc głowę. Popatrzyła kobiecie prostu w oczy, a ta po prostu uśmiechnęła się, odgarnęła kosmyk włosów Ace za ucho i pocałowała czubek jej głowy. Może dla niej Ace wyglądała jakby potrzebowała kogoś bliskiego i tak było. Ace potrzebowała wiele bliskości, może niekoniecznie bliskości tej kobiety, ale bliskość była bliskością. Ace wiedziała, że bliskość jakiej pragnie, ramiona w, które chciała się wtulić już nie istniały. Więc zrobiła to co zawsze otuliła się swoim szalikiem, otuliła się całym swoim światem.
- Już wszystko w porządku strach to ludzka rzecz skarbie. - powiedziała kobieta opiekuńczym tonem gładząc Ace po włosach próbując ją uspokoić. Powoli zaczęła jej przypominać matkę, chociaż zarówno jak i ich wygląd i głos były zupełnie różne to gesty jakie wykonywała, sposób w jaki ją pocieszała tak bardzo przypominał jej matkę. Ace miała ochotę się rozpłakać. Dawała sobie radę przez te dwa lata, ale nadal uważała się za dziecko, nadal potrzebowała matczynego ciepła. Tak bardzo brakowało jej rodziny.
- Ale strzelasz nieźle dzieciaku. - przyznał mężczyzna tym samym włączając się do rozmowy. Obie kobiety przeniosły na niego wzrok. Mężczyzna właśnie przeładował broń, która wydała z siebie charakterystyczne kliknięcie. Ace spojrzała mu w oczy pierwsze wrażenie tego mężczyzny było nieco dziwne, jakby niezbyt ją lubił, ale teraz jego oczy były uśmiechnięte. Może Ace zapunktowała kiedy zaczęła odstrzeliwać łby stworom? To “dzieciaku” trochę ją drażniło, miała ochotę bezczelnie powiedzieć, że miała imię, ale wtedy przypomniała sobie. Nie przedstawiała się.
- Jestem Ace. - powiedziała dziewczyna spoglądając mężczyźnie w oczy. Uśmiechnął się gdy to powiedziała, jednak nie odezwał się zrobiła to za niego jego żona.
- Jestem Lorett Kinwey, a to mój mąż Mark.- Powiedziała kobieta z pocieszającym uśmiechem na ustach. Nadal nie przestawała głaskać Ace po ramieniu. Ace czuła dziwnie przyjemne ciepło sączące się z dłoni Lorett. Kiedy skupiła na nim większą uwagę miała wrażenie jakby fala tego ciepła zalała ją całą.
- Ace to skrót prawda? - zapytał Mark. Ace przeniosła na niego wzrok. Kręcił się obok motoru dokładnie go oglądając, jakby miał jakieś plany dotyczące maszyny. Ace przytaknęła.
- Zabawne, że nikt nigdy się nie orientuje. Aceleve(Ejslive) to moje pełne imię.- Ace zachichotała wyjawiając swoje imię małżeństwu. Prawie zapomniała jak ono brzmi, przez dwa lata Mia i Mickey mówiły do niej tym zdrobnieniem. Maroon zawsze zwracał się do niej pełnym imieniem, mówiąc, że dla niego jest piękne.
- W dzisiejszych czasach moja droga imiona są zbyt futurystyczne, aby zwracać uwagę na ich długość. - Tym razem odezwała się Lorett.
- Może i tak. - Ace przyznała rację kobiecie. Zarówno jej rówieśnicy jak i ludzie młodsi od niej posiadali naprawdę niezwykłe imiona porównując do starszych rodziców i Kolegów. Najbardziej bawiło ją imię Mickey ona też często się z niego śmiała wyjaśniając, że kiedy była naprawdę mała śmiała się za każdym razem gdy patrzyła na myszkę Mickey dlatego niezdecydowani rodzice tak ją nazwali. Lorett wstała i wyciągnęła dłoń w stronę Ace.
- Nie jesteś głodna Aceleve? - zapytała kobieta z uśmiechem na twarzy. Ace przytaknęła chwytając dłoń Lorett. Nigdy nie była typem, który skarżył się na swoje dolegliwości, ale jeżeli Lorett proponowała jej posiłek to Ace musiała przyznać, że jest cholernie głodna. Obie kobiety weszły do środka domu zostawiając Marka na podjeździe, nadal wydawał się zafascynowany motorem Ace. Rudowłosa zaczęła się zastanawiać czy mężczyzna czegoś nie kombinował, jednak przynajmniej na razie tylko go oglądał i wątpiła, że chciał go zdemontować. Raczej by tym nie ryzykował. Ace pozostała więc całkowicie spokojna. Skupiła się na pomieszczeniach. Kiedy weszły do środka Ace zobaczyła sklep z kompletnie opróżnionymi półkami i zdewastowaną ladą. Przez chwilę zapomniała, że to kiedyś była stacja benzynowa. To musiały być ich pierwsze zapasy, jednakże jak radzili sobie dalej.
- Jak zdobywacie jedzenie? - zapytała Ace kiedy Lorett zamierzała otworzyć drzwi prowadzące do ich mieszkania.
- Cóż Mark jeździ do pobliskiej hali sklepowej jest tam naprawdę dużo jedzenia, kto wie kiedy się skończy- zaśmiała się Lorett, ale na usta Ace wstąpił jedynie cień uśmiechu.
- Wiecie jeżeli się zastanowicie możemy pojechać do bezpiecznego miasta. - powiedziała Ace wchodząc do mieszkania. Rozejrzała się było tu dosyć nowocześnie, a jednocześnie Ace czuła, że tu jest naprawdę staroświecko. Być może to ten zapach, który czuła zawsze gdy wracała do domu. Jakby dopiero co wyjęto jakieś naprawdę smakowite mięso z piekarnika. Całe ściany korytarza pokryte były białą boazerią. Korytarz miał trzy rozwidlenia. Jedno to najbliżej niej prowadziło do kuchni, drugie po jej prawej do salonu, trzecie do łazienki. Długi perski dywan, który rozłożony był wzdłuż całego korytarza niczym wskazówka prowadził do schodów na, których szczycie Ace zapewne znalazłaby sypialnię. Lorett weszła do kuchni, a Ace wiernie podążyła za nią.
- Bezpieczne miasto? Coś takiego w ogóle istnieje? - zapytała kobieta. Ace uśmiechnęła się, nie była nawet zdziwiona, że o tym nie wiedzieli.
- Słyszałam o waszej organizacji, wiemy wszystko na temat apokalipsy na samym początku była tu jedna z was, kazała się chować. - powiedziała Lorett. Na samym początku. Na samym początku nie było bezpiecznych miast budowanych w niemal ekspresowym tempie. Nic dziwnego, że przez dwa długie lata państwo. Kinwey zbudowali tu tak potężną twierdzę. Niemal nie do przebicia. Zdeterminowany, żyjący w strachu człowiek potrafi zrobić niemal wszystko. Ocalali są tego najlepszym dowodem. Pomimo tego ile złego dzieje się na świecie, oni starają się żyć jak dawniej, starają się przeżyć dla całej ludzkości. Starają się nie zwariować.
- Bezpieczne miasta to miasta twierdze strzeżone przez Hunterów, jedno z nich jest w górach, tuż za autostradą. - potwierdziła Ace. Lorett zaczęła kręcić się po kuchni. Wszystko tutaj było idealne. Czyste i schludne. Meble z przecieranego białego drewna dodawały temu miejscu jeszcze więcej sentymentalności. Sprawiały, że Ace czuła się niemal jak w domu.
- To właśnie tam zmierzałam. - dodała szybko rudowłosa. Lorett wyciągnęła patelnię.
- Myślisz, że będziemy tam bezpieczni? - zapytała Lorett odwracając się w stronę Ace, która zajęła sobie miejsce przy stole. Dziewczyna zaczęła bawić się jednym z zielonych jabłek leżących na półmisku. Uśmiechnęła się i spojrzała w skandynawskie oczy Lorett. Ten uśmiech i to spojrzenie dawało Lorett pewność, że Ace mówi prawdę. Dawało jej pewność, że może jednak uda jej się przeżyć tą starość spokojniej niż dotychczas, że może chociaż na jedną noc odnajdzie spokój.
- Jestem tego pewna- odparła rudowłosa. Lorett skinęła delikatnie głową. Pociągnęła nosem jakby powstrzymywała się od łez i aby Ace nie widziała jak kobieta się rozkleja odwróciła się do niej plecami wracając do przyrządzania gościowi czegoś do jedzenia.
- Porozmawiam ze swoim mężem. - powiedziała Lorett powodując delikatny uśmiech na twarzy Aceleve. Dziewczyna niemal natychmiast podniosła lewą dłoń, chcąc powiadomić Mię, aby się nie martwiła, jednak kiedy podniosła dłoń zobaczyła nic innego jak porwaną Cyber-siatkę.

Kiedy wjechali do bezpiecznego miasta było już dawno po zmroku. Stalowe bramy miasta zamknęły się za nimi. Dłonie Mii drżały gdy odrywała je od konsoli. Biały punkt na mapie przestał migać godzinę temu. Jej ręce drżały podobnie jak jej wargi. Była bliska płaczu wiedząc, że jej przyjaciółka prawdopodobnie nie żyje. Wiedząc, że zginęła przez nią. Powinna wybrać szybszą drogę! Zamiast tego naraziła ich wszystkich na niebezpieczeństwo. Czuła się winna, a ta winna zżerała ją od środka. Mickey natomiast mocno zacisnęła dłonie na kierownicy i nerwowym ruchem zaczęła zmieniać biegi. Kiedy w końcu zaparkowała tam gdzie kazali im strażnicy miasta mocno przywaliła w kierownicę wyżywając się na swoim aucie. Położyła głowę na niej. Nastała cisza. Niezmącona i pełna nerwów. W końcu jednak Mickey podniosła głowę i spojrzała Mii w oczy. Obie czuły się w jakiś sposób winne, ale wtedy coś do niej dotarło. Dlaczego od razu skazywały Ace na śmierć? To była ich przyjaciółka i kompanka, dobrze wiedziały na co ją stać. I wtedy iskra nadziei, którą Mickey miała w sobie rozbłysła niczym pokaz fajerwerków. W jej oczach zapłonęła determinacja. Położyła dłoń na ramieniu Mii i spojrzała jej głęboko w oczy. Ich spojrzenia diametralnie się różniły. Jedno bez nadziei, drugie aż nią kipiało.
- Posłuchaj! Jutro z samego rana zlecimy poszukiwania! Jestem pewna, że Ace żyje! Ty też musisz mieć tą nadzieję! - powiedziała Mickey wprawiając Mie w zakłopotanie. Po chwili jednak dziewczyna uśmiechnęła się.
- Masz rację.
- Wiem, że mam inaczej być nie może!- powiedziała Mickey kipiąc pewnością siebie. Najpierw patrzyła przyjaciółce prosto w oczy, aby za chwilę przenieść wzrok na postać za nią. Na sam jej widok uśmiechnęła się. Za szybą zobaczyła wysokiego bruneta ubranego w czarny płaszcz z arsenałem broni przy sobie. Spoglądał w ich stronę swoimi fioletowymi oczyma, a jego wzrok utkwił w sylwetce Mii.
- Chyba ktoś chce cię widzieć. - powiedziała Mickey kiwając głową w stronę chłopaka. Mia natychmiast odwróciła się. W jej oczach znów stanęły łzy. Tym razem jednak zupełnie inne. Zobaczyła właśnie kogoś, kogo przez długi czas naprawdę chciała zobaczyć i kogoś za kim cholernie tęskniła. Kogoś kto był jej naprawdę drogi. Nic dziwnego więc, że kiedy ich oczy się spotkały. Mia natychmiast otworzyła drzwi auta i pobiegła w jego stronę z jego imieniem na ustach.
- Fave! - wykrzyczała za nim wtopiła się w jego ramiona. Poczuła się jak dwa lata temu, wtedy jednak nie miała tyle odwagi aby to zrobić. Teraz jednak nie bała się niczego i miała gdzieś zdanie innych. Chciała po prostu poczuć ciepło Fave, ten jeden raz. Teraz naprawdę tego potrzebowała.

___________

CDN

piątek, 26 października 2012

|4|


~Rozdzielone~

Ekhm siemanko misiaki ;* jak możecie poznać po ostatnich rozdziałach postanowiłam, że będę dodawała notki co piątek o ile nic mi nie wypadnie ;3 Dedykuję to wszystkim, którzy to czytają więc miłego czytania ;D 

Uniosła dłoń na wysokość twarzy tak aby zasłonić sobie widok na słońce, a na jej twarz padł przyjemny cień. Musiało być południe, a Ace została brutalnie obudzona przez górujące słońce. Usiadła się opierając głowę o tył Pickupa i prostując nogi. Zadarła głowę do góry. Słońce świeciło naprawdę mocno, raziło ją tak mocno, że Ace zmrużyła oczy. Była pewna, że przez to ubieranie się na czarno gotuje się jak zupa. Rozluźniła szalik. Siedziała między jej ulubionym czarno-niebieskim ścigaczem, a ścianką Pickupa. . Poklepała maszynę i spojrzała przed siebie. Droga wyglądała na wręcz nieskończoną przynajmniej z tej perspektywy. Miło było zobaczyć w końcu coś więcej niż zniszczone budynki. Lasy były nienaruszone i tętniły życiem. Populacja ludzi była teraz tak mała, że dziura ozonowa jakimś dziwnym cudem nie tylko przestała się powiększać, ale zasklepiła się. Klimat wrócił do normy i nie ma już żadnych zachwiań, a to wszystko w dwa lata. 
Natura była niesamowita.
A propo natury, zaczynała głodnieć. Sięgnęła po plecak tuż obok niej i zaczęła w nim grzebać. Znalazła szczelnie zapakowaną w aluminiową torbę kanapkę i butelkowaną wodę. 
- Hej Ace, masz tam coś dla mnie? - usłyszała dziewczęcy głos Deene kiedy cichutko odsunęła szybę nad uchem Ace. Dziewczyna uśmiechnęła się i wyciągnęła jeszcze jedną kanapkę. Przełożyła ją przez szybę prosto w dłonie Deene. Dziewczyna uśmiechnęła się. 
- Dziękuję. - powiedziała z tym swoim dziecinnym uśmiechem na twarzy. Ace wyciągnęła głowę do góry żeby na nią spojrzeć i odpowiedziała jej tym samym.
- Nie ma za co - powiedziała po czym odgryzła kawałek kanapki. Rozejrzała się dookoła. Nigdzie nie dostrzegała ręki człowieka, tu panowała natura, pomimo tego, że jechali po asfaltowej drodze. Oprócz asfaltu dookoła otaczała ich kwiecista łąka, a złote słońce górowało na błękitnym bezchmurnym niebie. Wzięła głęboki wdech. Całe miasto pachniało gipsem i dymem, a tu pachniało świeżą poranną rosą i kwiatami. Zupełnie nie przypominało to zapachu do, którego przyzwyczaiła się Ace i stanowiło naprawdę przyjemną odmianę. 
- To tak jakby Apokalipsa nigdy tu nie dotarła. - powiedziała Deene. Jednak Ace nie wiedziała do kogo mówiła. Mogła równie dobrze kierować swoją wypowiedź do brata. Połknęła ostatni kęs kanapki i zapiła wodą. 
- Prawda Ace? - zapytała po raz kolejny. Ace zadarła głowę do, góry, aby zobaczyć twarz Deene wychylająca się z środka samochodu. 
- Tak to prawda tu jest naprawdę spokojnie, ale jestem pewna, że w nocy już nie. - Powiedziała zbijając nadzieję Deene jak balon przywracając jej myśli o rzeczywistości. 
- Chyba masz rację w dzisiejszych czasach nigdzie nie jest bezpiecznie. - powiedziała Deene lekko podłamana. Patric zauważył to i poklepał siostrę po ramieniu, uśmiechając się do niej. 
- Nie martw się tam gdzie jedziemy jest bezpiecznie. - upewnił siostrę w przekonaniu, że być może jest jeszcze kilka miejsc na ziemi gdzie mogli czuć się bezpiecznie zarówno w dzień jak i w nocy. - Prawda Ace? - Aby na niego spojrzeć Ace musiała się obrócić i lekko podnieść. Miał litościwe spojrzenie, tak jakby chciał, aby Ace przynajmniej okłamała Deene, ale rudowłosa nie musiała tego robić. Bezpieczne miasta w końcu wzięły skądś swoją nazwę. To były najbezpieczniejsze miejsca na ziemi. 
- Tak, Patric ma rację. 
- A jak tam jest? - zapytała Deene. 
- Cóż - odparła Ace, była kilka razy w bezpiecznym mieście i teraz starała się ująć w słowa wszystko co w tej chwilę powróciło z jej wspomnień. 
- Bardzo to przypomina to stare czasy. Miasta są ogromne mniej więcej wielkości Chicago, ale to dlatego, że jest tam dużo wolnej przestrzeni, żeby ludzie pomimo tego, że otoczeni stalowymi ścianami nie czuli się jak w klatce. - To pierwsze co jej przyszło do głowy. 
- To wszystko jest otoczone ścianami? - zapytała Deene. 
- Tak wysokimi na mniej więcej dwa piętra. A na noc włączane są tarcze kinetyczne. 
- Pełna ochrona co? - Patric dorzucił swoje pięć groszy.
- Dokładnie. - odparła krótko. 
- A jak ludzie tam żyją? - dopytywała się. 
- Większość z nich dołącza do Hunterów lub zajmuje się lub zboża, a dzieciaki chodzą do szkoły. - Deene skrzywiła się, a Ace wybuchła śmiechem. 
- Czyli prawdziwa sielanka co?- najwidoczniej Patric cały czas nasłuchiwał. 
- Ha. Niekoniecznie,  każdy nawet najmłodsi uczą się posługi bronią i sztuki przetrwania kiedy znajdą się sami w nocy. To podstawowa nauka w szkołach. - Deene skinęła głową. 
- Rozumiem. Mimo wszystko przetrwanie jest teraz najważniejsze. - Powiedziała Deene chwiejnym głosem, a Ace kiwnęła głową potwierdzając słowa Deene. 
- Mogę cię o coś spytać Ace? - zapytał Patric w momencie gdy obie panie umilkły. Ace kiwnęła bezwiednie kiwnęła głową widząc szare oczy Patrica patrzące się na nią we wstecznym lusterku.
- Nie uważasz, że to trochę dziwne? - zapytał. - Mam na myśli tą apokalipsę. Wiem, że podejrzewacie odkupicieli, ale jakie oni mają z tego korzyści? Nie rozumiem tego. - Ace spuściła wzrok, to także męczyło ją wiele razy to było pytanie, które jak na razie pozostawało dla niej bez odpowiedzi i, które bardzo ją męczyło, jakakolwiek była ta przyczyna, zniszczyła jej życie. Chciała wiedzieć dlaczego odkupiciele tak postępują, dlaczego trzymają się na uboczu i ochraniają zombie. Dlaczego nie pomagają ludziom? Dlaczego zabijają łowców? Tyle pytań kłębiło się w jej umyśle, a one wszystkie sprowadzały się dopytania Patrica. Jakie oni mają z tego korzyści? Ace nie wiedziała. 
- Jest coś czego nie wiemy, a tą właśnie wiedzę posiadają odkupiciele. - Wszyscy nagle zamilkli. Patric skupił się na drodze, a Deene na jedzeniu. Unikali tematu, wiedzieli, że więcej z Ace nie wyciągną cóż przynajmniej nie teraz. 
- Mógłbyś nastawić radio na 109.98? - Zapytała Ace. - Powinniśmy być już w zasięgu nadajnika. - Deene sięgnęła dłonią w kierunku konsoli radia. Dotknęła konsoli i manewrując hologramem nastawiła radio. Nagle muzyka zaczęła się sączyć z głośników w środku.
MUZYKA (proszę nie zwracajcie uwagi na tiki kochanego Sama;3 Może być trochę przy długie ale zakochałam się w tej piosence dop.autorki)
 Ace przycisnęła głowę do karoserii samochodu. To była piosenka jednego z zespołów działających w bezpiecznym mieście. Grali muzykę, od której Ace zawsze miała gęsią skórkę, ta muzyka zawsze do niej trafiała. Ta akurat opowiadała o złamaniu, o nadziei, o wszystkim co działo się w każdym człowieku podczas tej apokalipsy. I pomimo tego, że Ace nie była religijna to Hallelujah, które wyśpiewywał wokalista znaczyło dla niej wiele. Dawało nadzieję. Zamknęła oczy, próbując wsłuchać się w tekst, uspokoić się i dać promieniom słonecznym muskać jej jasną skórę, nadawać jej rudym włosom te jasne refleksy. Przypomniała sobie o całej nadziei jaką utraciła wraz z apokalipsą. Utraciła nadzieję na lepsze życie, nadzieję na normalność. Straciła rodziców, osobę, którą kochała z całego serca, a przez to jej dotychczasowe życie legło w gruzach. Rozpadło się jak domek z kart, którego ułożenia Ace nie znała i budowała je na nowo, na ślepo, nie wiedząc co robi po prostu starała się jej jakoś ułożyć powstrzymać od kolejnej rozsypki, przetrwać. Wzięła głęboki wdech, pomimo tego co powiedziała Deene chciałaby mieć przy sobie część swojego starego życia. Mieć Maroona u boku nawet jeżeli byłby odkupicielem. Skuliła się przyciskając kolana do piersi i zacisnęła drobne dłonie na szaliku. Zamknęła oczy. 
Ten szalik. 
To było jedyne połączenie z jej dawnym życiem, jedyne co udało jej się z niego zachować. Przypominał jej wszystko. Jego uśmiech kiedy przeplatał jej go przez szyję, jego stanowczy dotyk i ten ostatni wieczór kiedy czuła jego oddech na policzku, kiedy prawie ją pocałował. Na ten pocałunek czeka już dwa lata i dobrze wiedziała, że to była jedyna szansa, a ona ją straciła. Teraz kiedy siedziała w starym Pickupie dźwigająca arsenał broni jakim nie pogardziłoby wojsko zastanawiając się ile straciła mogłaby szczerze powiedzieć, że powinna strzelić sobie w głowę, lub coś równie szybkiego. Jednak wiedziała, że była potrzebna, miała trzy przyjaciółki, które zabiłyby ją za tą myśl i świat do obronienia. Nie mogła się teraz poddać. Nie teraz. Odpłynęła prawdopodobnie, aby znów zasnąć, jednak wtedy poczuła jak cień przysłania słońce. Musieli wjechać do lasu, pozostała spokojna pomimo tego odruchu kiedy sięgnęła po karabin snajperski. Była po prostu przygotowana na najgorsze. Cień był pożywką dla kreatur, nawet jeżeli nie było kompletnie ciemno, taki cień im wystarczał inaczej by nie przetrwały. Jednak miała nadzieję, że byli bezpieczni, ale myliła się. Przekonała się o tym dopiero gdy usłyszała głośny charkot, wydobywający się z krtani jednego ze stworów. Natychmiast wstała pomimo oporu powietrza jaki wytwarzał przyspieszający samochód udało jej się ustać na nogach. Schowała snajperkę na plecy i wyciągnęła dwie podręczne Bretty z kabur. Było ich za dużo w dodatku nadchodziły z obu stron. Ace wyciągnęła obie dłonie i zaczęła strzelać, mogąc mieć tylko nadzieję, że przy tej prędkości uda jej się trafić. Załatwiła kilku, ale to było za mało, one ciągle nadchodziły, z ziemi i z powietrza. Jeden z zombie był na tyle sprytny, że wspiął się na jedno z drzew, a za nim podążyły inne. I wtedy właśnie sposób na Pickupa dostała się dwójka zombie. Pierwszy wylądował tuż przed Ace co nie skończyło się dla niego dobrze. Szybka reakcja dziewczyny sprawiła, że ta natychmiast wycelowała broń między “oczy” stworzenia. Nie można było nazwać tego oczyma to były po prostu puste gałki oczne nic więcej. Nacisnęła spust, a ciemna maź rozlała się dookoła, zalewając pomarańczową karoserię Pickupa. Ace odetchnęła z ulgą kiedy ciało zombie opadło bezwładnie, ale to nie był koniec. To miało skończyć się o wiele gorzej. Drugi z zombie wylądował na przedniej szybie Pickupa i groźnie zacharczał w kierunku Patrika. Ace usłyszała jeszcze tylko przerażony krzyk Deene kiedy samochód wpadł w poślizg. Ace upadła i obiła się głową o ściankę Pickupa. W ostatniej chwili złapała za tył bagażnika tuż obok ścigacza. Czuła jak ręce ześlizgują się jej z karoserii. Spojrzała na mocowanie motocykla. Przypomniała sobie, że były zdalnie sterowane. W jednej sekundzie puściła jedną dłoń i uruchomiła Cyber-siatkę na swojej dłoni. Szybkim ruchem zamachnęła się nad mocowaniami, które natychmiast puściły podobnie jak dłonie Ace. Oboje - ona i maszyna potoczyli się po asfalcie. Ace jednak w przeciwieństwie do motocykla odbiła się zgrabnie od ziemi i wylądowała gładko na asfalcie ze stukotem obcasów. Zauważyła, że zombie zaczęły zwracać na nią większą uwagę, było ich wystarczająco, aby dać Mii i reszcie czas na ucieczkę. Nie mogła ruszyć w tą samą stronę musiała się zawrócić i odbić do autostrady, której uniknąć chciała Mia, głównie dlatego, że pod mostami było od groma zombie, a na drodze było mnóstwo ciał i porozrzucanych samochodów stanowiących przeszkodę dla jeepa, ale nie dla motocykla Ace. Podniosła maszynę i wsiadła na nią odpalając silnik. W tym samym czasie zombie zaczęły kręcić się wokół niej. Ace zawróciła z piskiem opon. Ruszyła do przodu, a zombie pojechały za nią. Jedyne co chciała zrobić to wydostać się z lasu ciągnąc za sobą hordę zombie.  I to właśnie zrobiła, pędząc przez drogę najszybciej jak tylko mogła, a gdy na chwilę spojrzała za siebie widziała armię biegnącą za nią. Zauważyła, że jej Cyber-siatka, zaczęła migać. To było połączenie od Mii, którą zapewne, o całej sytuacji poinformowała Dee. Przełączyła połączenie na urządzenie celownicze, a na jej prawym oku pojawił się obraz przyjaciółki. 
- Ace co się dzieje? - zapytała. 
- Wypadłam z wozu, ale wzięłam, ze sobą motocykl. - powiedziała, a wtedy słońce musnęło jej twarz. Ace gwałtownie zatrzymała się gdy zauważyła, że znów znalazła się na pełnej życia i słońca polanie. Gwałtowny pisk jej opon spłoszył ptaki, które wydając z siebie przeraźliwe krakanie odleciały w błękitną toń nieba. Ace spojrzała za siebie. Armia zombie stała na granicy światła i cienia rozpaczliwie machając łapami w jej stronę, jakby próbowały ją chwycić pomimo odległości jaka ich dzieliła. Obróciła się, odwracając wzrok od zombie. Pochyliła się patrząc na kierownice motoru. 
- Wracaj. - powiedziała Mia stanowczym głosem. 
- Nie mogę, za mną jest dosłownie armia, którą od was odciągnęłam. - westchnęła Ace
- Cholera - zaklęła Mia. Ace zachichotała, ale Mii nie było do śmiechu. 
- Odbiję od tej drogi na autostradę i będę na prostej drodze do bezpiecznego miasta. - powiedziała rozbawiona Ace. 
- No dobra tylko się nie zgub- westchnęła sarkastycznie Mia, nieco rozbawiona i zdenerwowana jednocześnie. 
- Obiecuję - pożegnała się Ace z rykiem silnika w tle. Położyła dłonie na kierownicy i ruszyła przed siebie. Chciała po prostu jak najszybciej się tam znaleźć. 

____________

CDN

piątek, 19 października 2012

|3|


~Nasza przeszłość~

Dzień dobry misiaki ;* Do linków dodałam dwie pozycje. Ciekawy blog o fiary tail i mojego deviantarta na którym znajdziecie rysunki Ace i Mii niestety Mickey jeszcze nie narysowała trudno jest oddać ten jej charakterek w mimice twarzy ;) Notkę dedykuję mojej kochanej moments za pomoc przy wymyślaniu loga łowców co bardzo pomogło. Nie wiem czy o czymś nie zapomniałam, ale w każdym razie zapraszam do czytania! ;D


Spuściła ręcznik na ramiona, był mokry, ale w końcu jej włosy i ona sama pachniały czymś bardziej przyjemnym niż kurz i “krew”. Słyszała rozmowę Mii z bratem Deene, rozmawiali o planie. Brat Deene nalegał na wznowienie podróży z samego rana, jednak Mia uważała, że powinni odpocząć przynajmniej ze względu na Deene i zepsutego samochodu ,którego naprawą zajmowała się teraz Mickey. Nie mogła się dziwić, że Mickey z uśmiechem zaproponowała pomoc. Ace spojrzała przed siebie, na wschód słońca. Piękna ognista kula przemieszczała się nad budynkami zwiastując spokój. Gdziekolwiek czaił się cień zombie wykorzystywały go jako swoją pożywkę. Normalnemu człowiekowi wystarczyłaby zwykła latarka, aby je przestraszyć. Dlatego w bezpiecznych miastach latarnie były ustawione gęsto pomimo wysokich murów i tarcz kinetycznych. Położyła się na miękkim łóżku nadal zwrócona głową w kierunku okna. Jej rude włosy rozpostarły się niemal na całej poduszce. Brak szalika na szyi było jak odebranie jej ręki, nosiła go nieprzerwanie od dwóch lat. To była jej najważniejsza pamiątka po dawnym życiu. Życiu, które pragnęła przywrócić, o którym nie chciała zapomnieć. 
- To on, prawda? - usłyszała dziewczęcy głos Deene za sobą i odruchowo obróciła się w jej stronę. Dziewczyna stała przy jej łóżku w jeansowej kurtce, czarnej bluzce i szkockiej spódnicy. W dłoni trzymała holograficzną ramkę, która jeszcze chwilę temu stała na szafce w salonie. Kolejna pamiątka z przeszłości. Zdjęcie przedstawiało dwójkę ludzi- Ace kiedy miała 14 lat i około 3 lata starszego od niej chłopaka. Ace stała obok chłopaka, a on obejmował ją ramieniem z naprawdę uroczym uśmiechem na twarzy. Chłopak był naprawdę przystojny w mniemaniu Deene. Miał dosyć jasną cerę, smukły nos i dosyć mocno zarysowaną szczękę. Wpatrywał się swoimi dużymi zielonymi oczami w obiektyw kamery. Jego brązowe włosy wydostawały się z objęć czarnej czapki. Najważniejsze jednak było to co mieli na sobie. Jeden długi czaro-biały szalik, który w połowie drastycznie zmieniał kolor. Połowa tego szalika właśnie teraz suszyła się na balkonie. Drugą połowę musiał mieć ten chłopak. Ace sięgnęła po ramkę, a gdy już odebrała ją z rąk Deene przesunęła się pozwalając jej usiąść. Uśmiech wstąpił na jej usta. Deene miała rację, to po nim Ace miała ten szalik.
- Miał na imię Maroon, nasi rodzice się znali, praktycznie wychowaliśmy się razem. - powiedziała. Deene usiadła obok niej. Miała wrażenie, że Ace musiała komuś o tym powiedzieć, a Deene była chętna aby jej wysłuchać. Ciekawiła ją historia Ace i Maroona. - To było na gwiazdkę. Bardzo chciałam kupić sobie zwykły biały szalik, ale znalazłam tylko ten i nie podobało mi się ta czerń, więc Maroon powiedział, że go przetniemy. Białą część wezmę ja, a on weźmie czarną. Nosiliśmy je cały czas. - zaśmiała się, po czym przerzuciła zdjęcie. Następnie także przedstawiało ich dwójkę. Tym razem jednak było lato i wieczór. Oboje wyglądali jakby wybierali się na imprezę i zapewne tak było. Ktoś zrobił im zdjęcie z daleka. Maroon i Ace stali na skrzyżowaniu rozmawiając. Maroon jak zwykle obejmował ją ramieniem. Z uśmiechem pomachał w stronę fotografa, Ace tak że się uśmiechała. - Pamiętam to. Moja przyjaciółka godzinę szykowała mnie na tą imprezę. Naprawdę chciałam ładnie wyglądać, jakbym próbowała krzyknąć; Hej Maroon jestem dziewczyną wiesz?! To było głupie, a teraz już go nie ma. Przynajmniej mam taką nadzieję. - Deene gwałtownie odwróciła się w jej stronę z wyraźnym wyrzutem w tych brązowych oczach. 
- Masz nadzieję?! - Niemal krzyczała. Ace uciszyła ją przykładając palec do ust. Musiała pamiętać, że nie byli sami. - przepraszam, ale masz nadzieję że ktoś kogo kochasz nie żyje? - Deene czuła się naprawdę zaskoczona. W każdym słowie jakie Ace wypowiedziała o Maroonie Deene czuła miłość. Wiedziała, że każde wspomnienie Ace o Maroonie przesiąkało miłością i nie wyobrażała sobie, że Ace życzy śmierci osobie, którą kocha. 
- Deene on był praworęczny, jeżeli nie został jednym z nich to stał się odkupicielem i wiem, że jeżeli się spotkamy będę musiała go zabić - Deene zamilkła kiedy mówiąc to Ace patrzyła jej w oczy i z każdym słowem jej akwamarynowe tęczówki wydawały jej się coraz bardziej metaliczne, a na końcu stanęły w nich łzy. Teraz rozumiała nadzieję Ace, bo nic nie boli tak bardzo jak zabić ukochanego własnymi rękoma. 

Przetarła czoło i zaklęła pod nosem zdając sobie sprawę, że jej dłonie były pokryte smarem. Usłyszała jak ktoś puka w karoserię samochodu. 
- I jak sobie radzisz młoda? Pomóc ci? - usłyszała głos Patrica- brata Deene. Chwyciła jedną z wystających rur i pchnęła samą siebie do przodu. Kółka deskorolki zaszeleściły, a Mickey wydostała się spod samochodu. Patric stał obok miejsca z, którego jeszcze niedawno wystawały jedynie nogi Mickey. Dziewczyna chwyciła jedną z mokrych chusteczek i przetarła dłonie. Naciągnęła czerwoną czapkę mocniej na czoło. 
- Coś się stało? - zapytała. Wiedziała, że musiał być zmęczony ludzie zwykle byli. Mickey jednak była przyzwyczajona i wystarczył jej kubek mocnej kawy. Była łowczynią musiała radzić sobie ze zmęczeniem. Patric usiadł obok niej i podał jej butelkę wody. 
- Myślałem, że potrzebujesz pomocy, ale widzę, że już kończysz. - powiedział uśmiechając się na widok poskładanego do kupy samochodu. Pickupa w kolorze dojrzałej pomarańczy raczej nie można było nazwać nowym. Karoseria była porysowana, a siedzenia w środku wyłożone materiałem ponieważ zapewne nic z nich nie zostało. Natomiast silnik działał jak nowy, za sprawką Mickey oczywiście. - Wiesz nigdy nie widziałem kobiety, która zna się na silnikach lepiej niż ja. Potrafi odstrzelić łeb zombie… 
- I potrafi zbudować bombę z środków do czyszczenia toalet. - wtrąciła się, a Patric wybuchł gromkim śmiechem. Mickey spojrzała na twarz Patrica i uśmiechnęła się. Wcześniej wydał się jej cichy i znacznie starszy miał może 25 lat. Ciekawe co robił w trakcie apokalipsy i gdzie była jego rodzina. Widziała obrączkę na jego palcu. Pamiątkę po być może nie żyjącej już żonie. 
- Chcesz go wypróbować?- zapytała Mickey wstając na równe nogi i poklepując drzwi Pickupa, rzuciła mu kluczyki, a ten natychmiast złapał je i wstał. 
- Jasne - uśmiechnął się. Mickey uśmiechnęła się i wzięła więcej mokrych chusteczek wycierając twarz, wiedziała, że była cała w smarze. Podeszła do zbrojowni. Wzięła desert eagle z najniższej półki i dwa pasujące magazynki. Przeładowała. Charakterystyczne kliknięcie zwróciło uwagę Patrica. Odwróciła się w jego stronę chowając pistolet do kabury. Patric spojrzał na nią pytającym wzrokiem kiedy otworzyła drzwi Pickupa dosiadając się do niego. 
- Przezorny zawsze ubezpieczony. - odparła. Patric wzruszył ramionami z miną, która oznaczała, że przyznał jej racje. Ruszył do przodu, a gdy wyjechali z garażu stalowe drzwi automatycznie zamknęły się za nimi. Patric skręcił gwałtownie w lewo, kiedy zauważył, że znajdowali się w wyschniętym korycie rzeki. Kierownica dosłownie paliła mu się w dłoniach. Zauważył niestrome zbocze po, którym można było wjechać. Zapewne stworzone specjalnie po to, aby dostać się na główną drogę. 
- A więc … Co robiłaś podczas apokalipsy? - zapytał. Mickey spojrzała na krzyżyk wiszący na lusterku. To był dosyć trudny temat. Zawsze gdy o tym opowiadała bała się, że ludzie odwrócą się od niej. Dlatego tak ceniła sobie słowa Mii. “Nieważne co zrobiłaś w tamtym życiu teraz jest teraz. Najważniejsze, aby trzymać się razem bo każde życie się liczy.”
- Byłam w więzieniu. - powiedziała.
- Odwiedzałaś kogoś? - zapytał nadal nie spuszczając wzrok z drogi. Mickey pokręciła głową. 
- Zostałam skazana. - Patric ostro wszedł w zakręt po czym zahamował. Mickey wiedziała, że tak zareaguje. Popatrzyła na niego, był zszokowany, ale nie zły. Jego wargi nie drżały on po prostu zacisnął je i ruszył dalej.
- Za co? - dociekał się. 
- Byłam saperem w wojsku, rodzinna tradycja. Podczas jednej z misji bomba wybuchła przedwcześnie, to nie był model jaki mi podano. Wybuchł zmiótł mnie do morza, ale ta blizna to jedyne co może świadczyć o tamtym wypadku. - Powiedziała podnosząc prawą rękę. Szrama wyglądała okropnie jakby ktoś oderwał jej rękę i pozszywał z powrotem. - Oskarżono mnie o krytyczne niepowodzenie misji. Prawie wywołałam wojnę między USA, a Brazylią. Została zdegradowana i skazana. To bardzo proste, zawsze trzeba znaleźć kozła ofiarnego.- Patric zmienił bieg. Skręcił między budynkami, a w każdy zakręt wkładał ogromne pokłady gniewu. 
- To głupie. - powiedział w końcu gwałtownie zatrzymując się.
- Wiem - zachichotała klepiąc go po plecach kiedy położył głowę na kierownicy. Nie dowierzał w ludzką głupotę, a najbardziej w to, że ona po prostu się z tego śmiała. Jednak wtedy, gdy obrócił się w jej stronę, a ona nadal pokazywała szereg swoich białych zębów, zrozumiał, że zostawiła przeszłość za sobą, on też chciał to zrobić. 
- A ty? - zapytała. Patric wyprostował się i zaczął bawić się obrączką. Powrócił umysłem do swoich wspomnień. Pamiętał jaki był szczęśliwy i zdenerwowany. Pamiętał jak bardzo wyczekiwał tego dnia. 
- Moja żona właśnie zaczęła rodzić, tamtego dnia chciałem być przy niej, aż do końca. Czekaliśmy na to dziecko tak długo… To miał być chłopiec wybraliśmy już nawet imię. Elliot. Przyszła cała moja rodzina w tym Deene. I wtedy powiedziano mi, że poród jest bardzo skomplikowany i poproszono mnie o wyjście z sali. W tamtej chwili gdy po raz ostatni spojrzałem w jej oczy miałem wrażenie, że już nigdy więcej jej nie zobaczę, jej akcja serca zatrzymała się. I Wtedy gdy wyszedłem oni wszyscy, wszyscy dookoła mnie zaczęli się w to zmieniać, jedynie nie Deene. Chwyciłem ją i wbiegłem powrotem do mojej żony, ale ona już nie żyła. Nie zmieniła się w zombie zmarła jeszcze przed apokalipsą. A nad nią pochylał się jej lekarz i położna. Wiesz jakie to uczucie widzieć jak pożerają kogoś tak bliskiego? - Mickey zaniemówiła. Jakby wielka gula stanęła w jej gardle utrudniając mówienie. Patric dalej leżał na kierownicy, a jego brązowowłosa towarzyszka podkuliła nogi. Położyła swoją dłoń na jego plecach. 
- Ja też kogoś straciłam. Kogoś kogo kochałam, to między innymi o jego śmierć mnie oskarżono, ale cieszę się, że zginął wtedy. Cieszę się, że nie zmienił się w zombie. Wtedy musiałabym go zabić. - Patric podniósł się znad kierownicy sprawiając, że dłoń Mickey przesunęła się na jego ramię. 
- Deene nie miała tyle szczęścia. Byłem wtedy na służbie, więc miałem przy sobie pistolet, ale Dee miała tylko siekierę. Musiała nią zabić naszą matkę. - Ci ludzie tyle przeżyli. Co dzień uciekając nie odnalezieni przez hunterów. To były dwa lata ucieczki przed nocą i przeszłością. Patric odpalił silnik.
- W każdym razie dziękuję, że podzieliłaś się ze mną swoją przeszłością. To wiele dla mnie znaczy wiedząc, że dzisiaj ludzie to nie tylko zombie. 
Mickey uśmiechnęła się jak na dźwięk jakiegoś dobrego żartu. Poklepała ramię Patrica zdając sobie sprawę, że dalej trzyma ją na jego ramieniu. 
- Powinniśmy już wracać- powiedziała poprawiając kucyk. Przytaknął ruszając z piskiem opon. 

- Coś się stało? - zapytała zaspana Ace wchodząc do kuchni w zamiarze zrobienia kubka gorącej kawy. Zobaczyła Mie leżącą na kanapie. Wyglądała na zamyśloną. Delikatnym i zdecydowanym ruchem czyściła ostrze katany. Mia zawsze była dosyć małomówna, ale kiedy już się odzywała naprawdę miała gadane i do tego te jej wrodzone zdolności przywódcze.  Była stworzona do przewodzenia grupą.
- Dowódco dzwoniło. - powiedziała. Ace wyłączyła Express i odwróciła się powrotem w kierunku Mii. Popołudniowe słońce oświetliło jej twarz. Telefony od dowództwa nie w terminie raportów nie zwiastowały niczego dobrego i to właśnie dlatego Ace otuliła swój niebieski kubek dłońmi z niecierpliwością czekała na to co powie Mia. 
- I co? - zapytała.
- Kazali nam opuścić Chicago, ale zostawić wskazówki dla prawdopodobnych ocalałych. Mamy jechać do schronu w góry i tam odeskortować Deene i Patrica. - Opuścić Chicago co? Nie robiła tego od półtora roku i pomimo tego nadal nie mogła nazwać tego miejsca swoim domem. Nie dopóki okna zabezpieczane są stalowymi roletami. To na pewno nie był jej dom. 
- Potrzebują nas do czegoś jak mniemam- powiedziała Ace z przekonaniem w głosie. Mia kiwnęła głową po czym schowała miecz do pokrowca. Dopiero teraz gdy Mia położyła miecz na łóżku Ace zauważyła jeszcze trzy obok ułożone w równym rządku i jeden największy i najcięższy z mieczy Mii leżący tuż obok kanapy. Na mutantów, najgorsze przypadki, których nie spotykają zbyt często, fuzja kilku ciał. Pierwszy raz kiedy Ace zobaczyła mutanta zwymiotowała. Mia wyciągnęła miecz. Był w przeciwieństwie do innych mieczy ten był czarny, przez co krew nie odznaczała się zbytnio i Mia postanowiła wyczyścić tak, że jego. Przygotowywała się do wyjazdu.
- Zapewne tak. Nie mogą sobie pozwolić na straty w ludziach. Musimy pakować manatki i wyruszyć o świcie.- Ace zacisnęła palce na niebieski kubku. 
- Gdzie jest Mickey? - zapytała. Mia spuściła wzrok na ostrze, które czyściła, było wręcz ogromne. 
- Razem z Patriciem zostawiają wskazówki. - powiedziała. - Wiesz kody do drzwi kierunki, aby wiedzieli w, którą stronę mają się udać w razie czego. - Powiedziała dziwnym lekko przedrzeźniającym głosem. I wtedy Ace zrozumiała, że Mia przed chwilą cytowała swojego nauczyciela. Ona w przeciwieństwie do Mickey i do Ace była od zawsze związana z Hunterami. Urodziła się i wychowała pośród innych łowców. Ludzi przygotowanych na najgorsze. Niegdyś uważani za niereligijną sektę teraz za przywódców tego świata. 

_________

CDN

piątek, 12 października 2012

|2|


~Bezpieczni~

Po pierwsze dziękuję za wytrzymanie tych 11 dni przerwy i za to, że ktokolwiek to czyta :3 Jeżeli macie do mnie jakiekolwiek pytania możecie śmiało je zadawać nie mam zamiaru gryźć, ale chętnie na nie odpowiem ;3

Trzask drzwi rozległ się ogromnym hukiem. Zdyszana upadła na kolana i wzięła serię głębokich wdechów. Byli bezpieczni! Jej brat położył dłoń na jej ramieniu zmuszając Deene do spojrzenia na niego. To był odruch bezwarunkowy. Popatrzyła w jego piwne oczy i uśmiechnęła się. Usiadła na ziemi i odgarnęła grzywkę do tyłu rozglądając się dookoła. Byli w wąskim korytarzu o, ile tak mogła to nazwać. Było to bowiem przejście między placem z, którego wyprowadziła ich tajemnicza Hunterka, a budynkiem zamkniętym na równie szczelne drzwi. Przejście było naprawdę dobrze chronione przez siatki z drutami pod napięciem. Natomiast od góry otaczało ich coś w rodzaju tarczy, wiadomo było przecież, że zombie po mimo, iż były naprawdę bezrozumnymi istotami to i tak domyślą się, że jeżeli nie mogą czegoś obejść to najlepiej na to wskoczyć. Przynajmniej tak myślała z uwagi na to, że wiele razy musiała uciekać przed skaczącym na nią zombie. Usłyszała wybuch, naprawdę głośny wybuch i odwróciła się. Ponad murem wznosiła sie chmura dymu i ognia, nie minęła sekunda, a wybuch powtórzył się.
Drugi raz.
Trzeci raz.
Słyszała go tyle razy, że przestała martwić się o to czy z Hunterką wszystko w porządku. Zrozumiała bowiem, że gdzieś tam za tym murem ktoś próbuje ich uratować.

Precyzyjne cięcie miecza. Rana przecinająca szyję i lepka maź osiadająca na twardym stopie stali i srebra. Tego nie można było już nazwać krwią. Pomimo, że nadal. Była to ciecz płynąca strumieniem z tętnic jej kolor był ciemny, niemal wpadający w czerń. Ona. Poruszała się zwinnie wśród tłumu oblegających ją stworzeń. W niczym nie przypominających tego kim byli kilka lat temu. Teraz były to bezmózgie stworzenia, łyse, blade i łaknące krwi. Padali jeden za drugim gdy ta wykańczała ich precyzyjnymi cięciami mieczy bądź strzałem w gardło z bliskiej odległości. Kluczem było to, aby wiedzieć gdzie należy strzelać. Nie mieli słabych punktów, gdy strzelisz mu w nogę, w rękę czy w serce pozostanie obojętny, bo jego serce pomimo, że nadal. Bije to nie poczuje bólu. Nie rozerwie się na strzępy bo nie musi nic, nie jest już tak ważne. Kluczem był ich rdzeń kręgowy. Gdy zerwie się ich rdzeń kręgowy lub strzeli się prosto w mózg i odetnie połączenie z nim padają niczym trupy którymi z teoretycznego punktu widzenia były. Kolejny wybuch tuż obok niej załatwił kilkunastu przeciwników. Mickey zaczęła robić to na czym znała się najlepiej i co naprawdę dobrze jej wychodziło. Zaczęła wysadzać. Jednak nie rzucała granatami na oślep, nie… ona wiedziała co robi. Wiedziała w które miejsce uderzyć żeby zabić jak najliczniejszą grupę wrogów i żeby przypadkiem nie trafić w czuły punkt drogi i nie posłać grupy wrogów i Mii wprost do kanałów gdzie już nie będzie mogła pomóc towarzyszce.
Nagły i szybki ostrzał padał na ulicę z góry budynków. Obydwie spojrzały w górę, na dachy budynków. Widziały zarys kobiecej postaci stojącej na gzymsie. Nie widziały jednak tego pełnego zadowolenia uśmieszku na twarzy. Unosiła swoją lewą dłoń pokrytą Cyber-siatką, a dwie wieżyczki stojące tuż obok niej co chwilę wystrzeliwały kolejną serię ataków skierowanych na grupę zombie. To był jej sposób aby wesprzeć swoje przyjaciółki na polu walki, innego nie znała. Nie była dobra w walce wręcz przynajmniej nie tak jak Mickey czy Mia. Tak mogła im pomóc, jednocześnie nie będąc na polu walki. Gdy po chwili Mia spojrzała w górę jej przyjaciółki już tam nie było. Ace zniknęła z pola walki.

Deene usilnie próbowała powstrzymać szybki oddech. Chodziła więc w tą i z powrotem, od kraty do kraty. To był jedyny znany jej sposób na uspokojenie się. Do jej wykończonego ciała jeszcze nie docierało, że pierwszy raz od dwóch lat w nocy mogła czuć się bezpieczna, że była przez kogoś chroniona. I to przez kogoś, kto nie mógł zawieść, nie potrafił. To była kobieta, która jednocześnie z bezpieczeństwem reprezentowała sobą nadzieję na odpowiedzi na wszystkie kłębiące się w głowie Deene pytania. Minęły dwa lata odkąd noc przestała być bezpieczna, a ona nawet nie wiedziała dlaczego. Dlaczego to im dane było przeżyć to wszystko i patrzeć na zagładę reszty ludzkości. Dlaczego?
Poczuła delikatny dotyk na ramieniu. Była jak duch, ta piękna rudowłosa kobieta. Dopiero teraz Deene zobaczyła ją w całej okazałości. Była wysoka i zgrabna ta kręcona burza włosów, która służyła Deene za znak nagle przestała się wyróżniać i spokojnie spłynęła falami po ramionach łowczyni. To co teraz przykuwało uwagę Deene były oczy snajperki. Były tak boleśnie znajome, miały taki podobny odcień do oczu jej matki, przynajmniej do póki ona jeszcze żyła. Do póki Deene nie była zmuszona jej zabić.
- Jesteście już bezpieczni Deene. - powiedziała łowczyni swoim mocnym i dojrzałym głosem. Nie oszukujmy się kto nie byłby dojrzały w obliczu takiej wojny. Nawet ona mająca tylko 14 kiedy rozpoczęła się inwazja musiała dojrzeć. Nie miała zamiaru się rozklejać przy łowczyni, ale nie mogła zadać pytań, jej oczy onieśmielały Deene na tyle, aby nie mogła wykrztusić z siebie słowa.
- Jak w ogóle do tego doszło? Nikt nigdy nie… - zamiast niej zrobił to jej brat cały czas będący obserwatorem całej sytuacji. Widział onieśmielenie swojej siostry i całkowicie ją rozumiał więc postanowił przejąć inicjatywę.
- Nikt nigdy wam tego nie wyjaśnił? - Na twarz Ace weszło zdziwienie. Jakby to było coś nowego, cóż żyła wśród ludzi zapoznanych z tą sytuacją. Nie wiedziała, że był jeszcze ktoś kto nie wpadł na Łowców.
- Nikt. Słyszeliśmy tylko wasze ogłoszenia, te które zawsze puszczacie w radiu. - Tak, to miało sens. Nie wpadli na łowców ale wiedzieli o nich przez to ogłoszenie. Komunikat dla ludzi kryjących się i czekających na dobrą nowinę, ludzi mających nadzieję że nie są sami.
- To dosyć długa historia. - powiedziała kobieta odwracając się do nich plecami. Podniosła cyber-siatkę na wysokość zamka w stalowych drzwiach, a te natychmiast otworzyły się na oścież. - Może omówimy to w bezpiecznym miejscu. - Zaproponowała Hunterka, po czym znikła w czeluści za drzwiami. Deene i jej brat podążyli za nią ślepo wierząc w to, że dziewczyna ich ochroni. Miejsce w, którym się znaleźli było dosyć szerokim korytarzem, którego sufit układał się łuk. Deene od razu rozpoznała to miejsce, jak dawno była w metrze? Nagle napłynęła do niej fala wspomnień gdy codziennie w rodzinnym mieście stała na peronie otoczona innymi pełnymi werwy ludźmi, a także przyjaciółmi ze szkoły. Wtedy narzekała na wszystko. Na wczesne wstawanie, na głupie bordowe spódniczki w kratkę i na ciągły tłok w pociągu. Teraz gdy tamto życie było tak odległe zaczęła za nim tęsknić, za tymi wszystkimi znienawidzonymi rzeczami. Tak bardzo brakowało jej starego życia. Teraz to przypominało stację metra jedynie dzięki torom leżącym u jej stóp. Rozejrzała się za nimi był tylko gruz zalewający boczne wyjście sugerując, że należy iść w drugą stronę. Spojrzała w górę na ledwo tlące się światło jarzeniówek to było jedyne co oświetlało im drogę. Ace odwróciła się w jej stronę, gdy zauważyła jak Deene spogląda na gruz zapewne zastanawiając się jak przejście się zawaliło.
- Zdetonowałyśmy pewną część ulicy, ten tunel wyjeżdżał prosto do innego miasta nie chciałyśmy, aby inne zombie dostały się na nasz teren, tamto miasto nie jest zabezpieczone.  - odparła łowczyni i zaczęła się kierować w głąb tunelu. Deene i jej ojciec ruszyli tuż za nią. Ace zaczęła się zastanawiać skąd oni pochodzą, wyglądali jej na Teksańczyków, ale Ace nie była dobra w rozpoznawaniu pochodzenia, nigdy nie zajmowała się takimi badaniami. Wolała badać materię organiczną, przypominało jej to dobre czasy kiedy każdym nawet najmniejszym odkryciem w tej dziedzinie chwaliła się matce, która często dawała jej lekcje i uczyła ją o swojej dziedzinie, wtedy to miało pomóc w wytworzeniu szczepionki, a teraz Ace musiała powstrzymać początkowo dobre dzieło swojej matki.
- Więc? - zapytała Deene, miała dosyć niezręcznej ciszy, a to był praktycznie jedyny sposób na powstrzymanie jej. Ace westchnęła pozwalając aby w jednej chwili napłynęły do niej słowa Mii, kiedy wyjaśniała jej wszystko po raz pierwszy ciekawe czy ona też się tak wtedy czuła. Tak zdenerwowana.
- Szczepionka na raka, którą podawano każdemu od wielu lat. - zaczęła Ace nie zatrzymując się nie było czasu do stracenia.
- Mówisz o tej, którą dostałam w szkole, a tato w pracy? Myślisz, że to przez to? Ale przecież ja też ją dostałam, a nie zmieniłam się w to… w to coś. - jej głos załamał się w pół zdania, a ona wypluła ostatnią część zdania jak ostrą papryczkę, która drażniła jej gardło.
- Wszyscy ocaleli są leworęczni to dlatego żyjemy, nasza prawa półkula mózgowa jest silniejsza i wyparła szczepionkę z organizmu. Nie wiemy jak dokładnie to działa wiemy, że to zaawansowany wirus być może nawet w połowie syntetyczny, atakuje układ nerwowy degraduje wyższe funkcje życiowe i być może ktoś steruje tymi stworami. - Powiedziała Ace, to były wszystkie informacje jakie mieli na temat szczepionki, wiedziała, że technologia jakiej używano do wytworzenia szczepionki wyprzedzała znaną jej o wiele lat. Na takim etapie wytworzenie szczepionki graniczyło z cudem.
- Kto? - zapytała Deene ciekawa każdego szczegółu za co Ace jej nie winiła, wiedziała, że gdyby znalazła się na jej miejscu z pewnością zrobiła by to samo.
- Evente. - odparła krótko, ale po chwili znów złapała oddech i dodała.- Zwani także jako odkupiciele. Oni są naszymi jedynym podejrzanymi, jednak nie mamy dowodów na ich winę.
- Ale ścigacie ich? - zapytała Deene jednak Hunterka tylko pokręciła głową.
- Cóż powiedzmy, że ostatni raz nie skończył się zbyt dobrze dla obu stron więc staramy się nie wchodzić sobie w drogę. - Jej głos był zniesmaczony, co sugerowało, że odkupiciele nacisnęli jej na odcisk i naprawdę nie miała ochoty rozmawiać o nich, a przynajmniej nie potrafiła bez zgryźliwego tonu.
- Więc dajecie im dalej zmieniać ludzi w zombie?! - Wykrzyknął brat Deene przerywając marsz. Ace bez słowa weszła na schody prowadzące do wyjścia z metra, ale zatrzymała się przy stalowych drzwiach na samej górze i walnęła pięścią w ich powierzchnie. Huk rozległ się między pustymi ścianami. Mrugające błękitne jarzeniówki wytworzyły na jej rdzawych włosach fioletowe refleksy. Drżała. Była wściekła. Słowa jej brata, były kpiące i niewdzięczne, pomimo tego, że przed chwilą ona i jej przyjaciółki ryzykowały dla nich życiem.
- To zdarzyło się z dnia na dzień! Nikt nie został zmieniony w Zombie od tego czasu! - Warknęła. Brat Deene cofnął się o krok, a ona sama westchnęła czuła się przytłumiona przez głupotę własnego ojca. Był uparty jak osioł ile razy mówiła mu, żeby strzelał w kręgosłup to tego upierał się, że serce to czułe miejsce każdego człowieka! Problem był w tym, że ich przeciwnicy już dawno przestali  być ludźmi. Ace wyprostowała się i jeszcze raz stuknęła drzwi z tym, że z pomocą Cyber-siatki, spokojniej, delikatniej. Drzwi otworzyły się.
- Zapraszam księżniczko. - Jej ton był przesiąknięty sarkazmem, ale pomimo jej zaproszenia poszła przodem po raz kolejny każąc im oglądać jej idealną wysportowaną sylwetkę w obcisłym czarnym kostiumie i długi czarny karabin snajperski, który Deene wydał się naprawdę specjalistyczny. Sprzęt Hunterów musiał być specjalistyczny, wzięli cały sprzęt od bandy napakowanych zombie, którzy niegdyś zwani byli wojskiem. Ace musiała mieć jeden z najbardziej specjalistycznych karabinów na świecie. Sięgnęła dłonią w kierunku ściany i przełączyła światło sprawiając, że pomieszczenie rozbłysło. Rozejrzała się, wszystko było w tym samym stanie w jakim je zostawiła. Płytki były białe, ale lekko rozbite i brudne. Nikt nie dbał o porządek w ich piwnicy- połączeniu zbrojowni i garażu. Po ich prawej stało kilka motorów puste było jedynie miejsce przy mosiężnych stalowych drzwiach garażowych. Mia i Mickey jeszcze nie dotarły jednak nadal. Widziała ich czujniki na swojej Cyber-siatce. To ją uspokajało. Spojrzała na prawo, cała ściana była pokryta bronią wszelkiego kalibru, a blat przed nią nożami i mini bombami Mickey. Ace zdjęła karabin z pleców po czym powiesiła go na samej górze. Odłożyła pas z amunicją na blat to samo zrobiła z pistoletem i dwoma nożami. Deene była pod wrażeniem. Ace była niepozorną osóbką, a dźwigała arsenał broni, jakim nie pogardziłby terrorysta. W końcu jednak obróciła się i spojrzała od razu na Deene. W jej wzroku nie było pogardy, smutku, złości i nienawiści, ale coś w rodzaju uśmiechu. Przez ten akwamarynowy kolor jej oczu, przed  oczyma Deene stanęła jej matka. Matka, która już nie istniała.
- Chodźcie na górę. Odpoczniecie. - powiedziała, a Deene tylko lekko uśmiechnęła się. Od jak dawna nie brała prysznica?
- Dziękuję za to co dla nas robisz. - powiedziała kiedy oboje posłusznie podążyli za Ace w stronę schodów ukrytych za ścianą pełną ekwipunku. Były metalowe, a przez to, że otoczone były czerwoną cegłą przywodziły na myśl schody pożarowe.
- Wiesz Deene to moja praca. - Hunterka uśmiechnęła się i poprawiła biały szalik przykładając go do ust. Był zakurzony, będzie musiała go uprać. Zacisnęła na nim palce, a fala wspomnień napłynęła. Nie chciała się rozstawać z dotykiem tkaniny.
- Ten szalik, nie jest ci w nim za gorąco? - zapytała brązowowłosa. Ace obróciła lekko głowę nadal nie zatrzymując się. Uniosła brwi w wymowny sposób po czym zachichotała, jakby przyznawała jej rację.
- To pamiątka po kimś bardzo ważnym. - powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach. Ten uśmiech był przesiąknięty bólem, tak bardzo, że Deene przestała widzieć w nim uśmiech. Ideą uśmiechu była radość, a ona nie widziała go na twarzy Ace. Weszli na górę, a Ace nacisnęła przycisk na balustradzie schodów. Egipskie ciemności jakie mieli przed sobą nagle roztoczyła jasność. Wnętrze budynku było stare. Ściany były wykonane z czerwonej cegły i niepokryte niczym. To było jedno wielkie pomieszczenie. W prawym rogu znajdowała się  mała kuchnia ze stołem i czterema krzesłami. Obok niej roztaczał się spory salon. Na lewo Denne zauważyła ścianę nie łączącą się z żadną inną. Ściana była pokryta zdjęciami a przy niej postawiona była mała komoda tak, że pokryta przeróżnymi przedmiotami. To musiały być pamiątki tych dziewczyn po ich dawnym życiu. Za ścianą znajdowały się trzy niepościelone łóżka z szafkami nocnymi. Każdy mebel wydał się Deene stary, ale to dodawało mieszkaniu tego tajemniczego uroku, tego samego jaki roztaczały wokół siebie Hunterki. Każde okno przysłaniały rozsuwane metalowe zasłony, nawet świetlik roztaczający się nad niemal całym mieszkaniem. Ace weszła w głąb mieszkania pewnym krokiem niczym prawdziwa pani domu.
- Powinniście odpocząć, przygotuje dla was ubrania powinniście się wykąpać. - powiedziała. Pokazała na drzwi obok kuchni zapewne prowadzące do łazienki. Podczas gdy ona zaczęła grzebać w komodzie. Oboje- Deene i jej brat- czuli się nieswojo w tym mieszkaniu, a to najwyraźniej rzucało się w oczy ponieważ Ace podniosła na nich oczy, uśmiechnęła się po czym dodała.
- Czujcie się jak u siebie w domu.

_________________

CDN