piątek, 11 stycznia 2013

|14|


~Hariet~ 

Wpatrywała się wyczekującym wzrokiem w swoją Cyber-siatkę leżącą na stole przed nią. Tuż obok kubka zimnej Latte z dodatkiem wanilii, podwójnie spienionym mlekiem i lodami. Podświadomie czekała na wiadomość zamiast cieszyć się widokiem jaki roztaczał się przed nią. Domy na osiedlu  wzniesione zostały na wzgórzu wskutek czego z tarasu roztaczał się piękny widok na cała okolicę. Domy niosły ze sobą mozaikę życia. Pola niosły ze sobą ciepłe przyjemne kolory żółci i brązu. Lasy niosły ze sobą kolory żywej zieleni. Natomiast mury za nimi niosły bezpieczeństwo. W końcu postanowiła chociaż przez chwilę o tym nie myśleć. Opadła więc na poduszki jakimi wyłożone było wiklinowe krzesło. W locie chwyciła kubek w dłoń postanawiając trochę oczyścić umysł i ochłodzić się przy okazji. Przydałby się tu wiatrak. Pomyślała co raz podnosząc dekolt bluzki i do opuszczając dając w ten sposób sobie troszkę chłodu. Poczuła na sobie wyczekujący wzrok Mii, która w końcu wyszła na taras. Podniosła na ciemnowłosą przyjaciółkę wzrok błękitnych oczu. Ta natomiast uśmiechnęła się i podała jej plik kartek. 
- Co to? - zapytała niepewnie spoglądając na kartki zapełnione drobnym drukiem. To dziwne, że w ogóle jeszcze używano kartek pomimo tej technologii jaka ich otaczała łowcy nadal woleli używać listów. Być może i co najbardziej prawdopodobne po prostu bali się przechwycenia wiadomości przez odkupicieli. Uśmiech Mii wydał jej się podejrzany. 
- Ojciec chciał, abyś to zobaczyła. - powiedziała Mia opadając na wiklinowe krzesło naprzeciwko Ace. 
Rudowłosa westchnęła i zaczęła śledzić tekst. Pierwsze co rzuciło się dziewczynie w oczy były podziękowania. Hunt dziękował jej za uratowanie życia zarówno jego jak i Mii. Tak w skrócie to była treść, która zajmowała niemal połowę strony. Później zaczynały się rozważania na temat kolejnej ich misji. Ace zadrżała wczytując się w kolejne słowa. Miała ochotę zakryć usta dłonią, jednak stłumiła łzy w gardle i zaczęła dalej czytać. W końcu odłożyła plik kartek na stół i spojrzała na Mię. Wargi rudowłosej drżały. Na ten widok panna Hunt posłała przyjaciółce zdziwione spojrzenie. Dziewczyna jednak była na tyle zaskoczona, że musiała dopić swoją kawę do końca zanim w ogóle zdołała coś z siebie wykrztusić.
- Lorett Kinwey? 
zapytała Ace. Jej głos nadal drżał na wspomnienie imienia zmarłej kobiety po plecach dziewczyny przeszły ciarki. Nadal pamiętała widok jej martwego ciała, ten obraz prześladował ją w najgorszych koszmarach. 
- Tak. - powiedziała Mia przeciągając głos. - Pracowała na uniwersytecie w Chicago, miała wspaniały umysł. Podobno przyjeżdżała tam za dnia nawet w środku apokalipsy. - dodała Mia. 
- Więc jakim cudem nasze radar jej nie wykryły? - zapytała Ace. To było rzeczywiście dziwnie biorąc pod uwagę fakt, że niemal dwa lata strzegły tego miasta. Mia jednak tylko wzruszyła ramionami nie potrafiąc tego wyjaśnić. Z pomocą jednak przyszła Mickey, która widząc rozmowę przyjaciółek natychmiast dołączyła się i usiadła na trzecim krześle przy stoliku. 
- Być może specjalnie wysyłała jakieś sygnały radiem wiecie coś co zagłuszyło by nasz sygnał i pozwoliło jej przejść nie wykrytą, lub po porostu system nie wykrył jej obecności, jakaś usterka, której nie zauważyłam. - Mickey przerwała wypowiedz i przygryzła wargę przyjmując zamyślony wyraz twarzy, po chwili jednak pokiwała przecząco głową. - Biorę jednak pod uwagę tą pierwszą opcję. - uśmiechnęła się delikatnie. 
- Dobra mniejsza z tym - Ace machnęła ręką powstrzymując się od szerszego uśmiechu, wiedziała bowiem, że Mickey nigdy nie przyznała by się do popełnienia błędu w dziedzinie techniki, przecież to była jej specjalność. 
- Sęk w tym, że ona odkryła pewne powiązania wirusa z techniką? - zapytała Ace, a Mia pokiwała głową. 
- Dokładniej mówiąc badała dogłębnie wirusa i zapisywała pewne kody, informacje, próbowała go porównać ze znanymi jej kodami komputerowymi. Nie wiemy jednak jakie przyniosło to skutki. - powiedziała Mia. Mickey uniosła brwi. 
- Nie wysłali tam żadnej drużyny? - zapytała. Mia pokiwała głową. 
- Wysłali i w tym sęk. Drużyna raportuje, że Chicago jest oblężone jakby wszystkie zombie z okolicy nagle postanowiły się tam zebrać. Jest ich tylko dwójka po za tym jedno z nich jest ranne. - westchnęła Mia. Ace jednak nie obchodziło, że któreś z jej współpracowników jest ranne i oblężone, oczywiście nie było jej to obojętnie, ale teraz coś innego zajmowało jej myśli. 
- Mówisz, że zombie się przegrupowały? - głos Ace był przejęty jednak nie potrafiła ukryć rozbawionego wydźwięku. To brzmiało bowiem jak najgłupsza rzecz o jakiej słyszała. Zombie nawet nie myślą o niczym innym jak jedzenie, więc jakim cudem miały się ze sobą zmówić? Bez sensu. 
- Na to wygląda. - odparła Mia. Zapadła grobowa cisza, którą przerwała Mickey. Każda zastanawiała się czy istnieje jakieś logiczne wyjaśnienie tego wszystkiego jednak, że nie widziały wyjścia, więc Mickey idąc śladami Patrica przeniosła się na inny temat, który także drażnił ją odkąd wyszła na taras. 
- Znasz tą Lorett prawda? - zapytała. Widziała przejęty wyraz twarzy przyjaciółki, rzucił się jej w oczy kiedy tylko ją zobaczyła. Aceleve pokiwała głową. 
- Ona i jej mąż przyjęli mnie do swojego domu i to oni zostali zabici przez odkupicielkę. - wyjaśniła, a jej głos łamał się coraz bardziej z każdym wypowiedzianym słowem. Mia zamarła. 
- O mój boże! - niemal krzyknęła kuląc się w wiklinianym krześle. Zakryła usta dłonią i wpatrzyła się przejętym wzrokiem w swoje kolana. Mickey i Ace wymieniły porozumiewawcze spojrzenia wiedziały, że przyjaciółka właśnie skojarzyła fakty o, których one nie miały zielonego pojęcia. 
- Co się stało? - zapytała Ace. Mia uniosła się z trudem wpuszczając powietrze do płuc. 
- Odkupiciele wiedzą o pracy Lorett to dlatego wysłali do jej domu jedną ze swoich nie wiedzieli jednak, że Lorett wracała  do placówki i to tam kontynuowała badania! - tym razem naprawdę krzyknęła. Jeżeli odkryli tą bolesną prawdę to przegrupowanie zombie może być ich sprawką. Być może do tej pory zombie były puszczane wolno, a teraz ktoś chciał zdobyć informacje i dlatego ich tam wysłał, aby zmiażdżyć wszystkich łowców jacy by się tam pojawili. Ta dwójka musiała być naprawdę niezła żeby utrzymać się tak długo. 
- Więc musimy tam przyjść przed nimi. - stwierdziła w końcu Ace. Uśmiechając się dziarsko chciała jakoś rozluźnić atmosferę. Wydawało jej się, że można ją było kroić nożem. 
Mia i Mickey uśmiechnęły się na ten widok. Popatrzyły po sobie i kiwnęły głowami. 
- Dobra no to ruszamy jutro? - zapytała Mickey, a Mia kiwnęła głową. 
- Taki od początku był plan. - dziewczyny uśmiechnęły się na myśl o tym, że wracają do Chicago. Być może oblężonego, ale to nadal było miasto w, którym spędziły dwa lata swojego życia. 

Wbiła w niego zmartwione spojrzenie, jednak on tego nie zauważył, dalej w szaleńczym tempie jechał po zagraconej drodze. Na całym odcinku asfaltu znajdowały się zniszczone samochody rozbite o siebie,  tworzące całkiem przejezdne barykady. Maroon będący świetnym kierowcą radził sobie z nimi całkiem nieźle. Ich czarne audi zwinnie omijało przeszkody pomimo zawrotnej prędkości auto płynnie poruszało się po jezdni. Jednak sam Maroon wydał jej się dziwny. Cóż wiadomość o śmierci Hariet wstrząsnęła nimi wszystkimi. Hariet była ich przyjaciółką. Nieco zbyt poukładaną i łatwowierną, ale przyjaciółką. Jako jedyna z ich grupy nie potrafiła oprzeć się lekom Event. Była na nie okropnie podatna raz była sobą, a innego dnia nie potrafiła sama za siebie myśleć. W takie dni pomagał jej właśnie Maroon, tylko on był zdolny przywracać dawną Hariet ponieważ był dla niej czymś więcej niż przyjacielem. Może gdyby to uczucie nie było jednostronne Hariet jeszcze by żyła.
I właśnie tą myślą Ariane trafiła w sedno sprawy. Maroon obwiniał się za śmierć Hariet pomimo iż nie miał w niej żadnego udziału. Jednak oni nie mieli na to wpływu. Misja Hariet po prostu zakończyła się w najgorszy możliwy sposób, a oni po prostu chcieli wiedzieć dlaczego. Kto zabił ich przyjaciółkę? 
- Maroon nie musisz się obwiniać. To nie twoja wina. - Powiedziała Ariane mająca dosyć wszechobecnej ciszy. Położyła dłoń na jego ramieniu, jednak Maroon zbyt pochłonięty jazdą i nie spojrzał na nią. Zjechał w końcu w boczną leśną ścieżkę na, której polanie znajdował się cel Hariet. Maroon z piskiem opon zahamował przed płotem i zaciągnął hamulec ręczny. W tym samym momencie w, którym zgasił silnik odwrócił głowę w stronę Ariane, która zrezygnowana zabrała dłoń z jego ramienia. 
- Wiem. - odpowiedział w końcu i powędrował wzrokiem na twarz Ariane. - Chce po prostu dowiedzieć się kto to zrobił i czy było to koniczne. Co Hariet mu zrobiła? - zapytał retorycznie nie czekając na odpowiedz Ariane. Sięgnął za siebie. Na tylnim siedzeniu leżał złożony długi stalowy łuk, a obok kołczan wypełniony metalowymi strzałami. Maroon sięgnął za siebie, wziął łuk i przerzucił go przez ramię, kołczan natomiast zaczepił na specjalnych klamrach z tyłu kurtki. Wyszedł z samochodu nieco wolniej od Ariane, która stała już przed bramą przyglądając się z zaciekawieniem budynkowi. Szczególnie interesował ją drut kolczasty na ogrodzeniu podłączony do nieaktywnych kabli. 
- Mieli niezłe zabezpieczenia. - stwierdziła, a Maroon pokiwał głową, jemu także rzuciło się to w oczy. Zdecydowanie było to rozsądne posunięcie. Rozejrzał się uważniej i zauważył niskie pnie drzew dookoła domu. 
- Wykarczowali też las. - stwierdził. Ariane wzruszyła ramionami. 
- To raczej normalne posunięcie wątpię by dysponowali tarczami kinetycznymi.
- Hm… prawda. Lorett Kinwey była dobrym technikiem, ale wątpię żeby zbudowała tarczę kinetyczną bez odpowiednich materiałów. - Ariane pokiwała głową. Miała jednak już dosyć takiego rozważania, więc podeszła do bramki. Wiedziała, że była zatrzaśnięta. Płynnym ruchem uniosła do góry swoją prawą nogę zginając ją przygotowując na większy opór. Jednak gdy jej kozaki z impetem odbiły się od drewna jakim pokryta była bramka nie napotkały praktycznie żadnego oporu dziewczyna zachwiała się i natychmiast odzyskała równowagę. Bramka była otwarta? 
Dziwne. Po zabiciu Hariet ci ludzie zostawili swój dobytek od tak? Maroon poklepał ją po plecach i poszedł przodem. Podobnie jak Ace kilka tygodni temu zaskoczył go widok załadowanego samochodu i strumienia zaschniętej już krwi ciągnącej się od pojazdu, aż do środka domu. Wiedział jednak, że nie może zakładać iż jest to krew Hariet. Nie może także pomijać istotnych szczegółów, rozejrzał się więc uważnej i zauważył ślady opon wyryte głęboko na piaskowym podjeździe. 
- Motor. - stwierdził. Ariane mruknęła pod nosem coś co brzmiało mniej więcej tak:
- Krew dookoła, a tego tylko motory interesują. - Maroon uśmiechnął się i dołączył do przyjaciółki, która zdążyła już znaleźć się przy samochodzie. 
- Myślisz, że to Hariet? - zapytała. Zapewne miała na myśli osobę, którą ciągnięto. Maroon pokiwał przecząco głową. 
- To ktoś zdecydowanie większy, mężczyzna. - stwierdził. 
- Lorett Kinwey miała męża? - zapytała Ariane kiedy przeszli próg domu. Zauważyła coś co ją zaniepokoiło. Ślady krwi pochodziły sprzed co najmniej dwóch tygodni w takim czasie ciała były by już w stanie dosyć mocnego rozkładu. Dlaczego więc nie czuła tego charakterystycznego smrodu?
- Z pewnością - odparł Maroon. Za śladami krwi doszli do salonu, tak rozegrała się przed nimi prawdziwa krwawa masakra. Maroon zamarł. Dokoła porozwalane były papiery pokryte kroplami krwi. Struga ciągnęła się, aż do kąta pokoju gdzie utworzyła ogromną kałużę. Za dużą jak na jedną osobę, tutaj musiał zginąć także ktoś inny. Na ścianach zauważył też krew tętniczą. Strzał w głowę. Czysty i precyzyjny. 
Strzał oddany przez pistolet Hariet. Tylko gdzie ona była?
- Maroon! - zawołała Ariane z drugiego końca pokoju. Stała pod oknem. Cała ściana łączcie ze szklaną taflą pokryta była krwią. Ariane wyjęła coś z framugi okna i ścisnęła w dłoni. Otworzyła ją i wyciągnęła w kierunku Maroona.  Chłopak zastygnął. 
- Hariet. - wyszeptał. Na dłoni Ariane leżało kilka białych włosów. Maroon obrócił głowę. 
- Poszukam ciał, a ty zajmij się dokumentami. - Oznajmił Maroon. Nie chciał widzieć więcej krwi, a już na pewno nie krwi Hariet. Otworzył jedno z okien, aby wpuścić do pomieszczenia trochę świeżego powietrza, a to niczym chłodna ściana uderzyło o jego sylwetkę. Chłopak omiótł wzrokiem ogród i wtedy je zauważył. Trzy krzyże stojące samotnie, prażyły się w popołudniowym słońcu. Kinweyowie i Hariet, trzy krzyże. Wyskoczył przez okno zostawiając Ariane sam na sam z dokumentami. Podszedł do krzyży na bezpieczną odległość czyli tam gdzie ziemia nie wyglądała na rozkopaną. W przeciwieństwie do Antoniego, miał szacunek dla ciał zmarłych. Nie miał zamiaru odkopywać ciała Hariet. Po pierwsze to nie było zgodne z jego religią, a po drugie nie chciał jej takiej widzieć. Wiedział jak wygląda martwe ciało po kilku tygodniach od śmierci. Hariet była już w stanie późnego rozkładu. Taki widok nie mógł być przyjemny. 
Maroon złożył dłonie. Ile lat minęło odkąd ostatni raz się modlił? Nie potrafił powiedzieć. W obliczu takich wydarzeń trudno jest w cokolwiek wierzyć. Jego modlitwa nie była jednak skierowana do Boga, ale do Hariet. Do tej przyjaznej, naiwnej dziewczyny, której uśmiech był niemal tak olśniewający jak najpiękniejszy górski krajobraz. Hariet była jego przyjaciółką, nikim więcej, ale było to wystarczająco dużo, aby w oczach Maroona stanęły łzy. Powstrzymał je jednak kiedy rozbrzmiało wołanie Ariane. Chłopak otrząsnął się i opuścił ręce. Towarzyszka broni prosiła, aby do niej przyszedł. Czyżby znalazła to po co przybyli? 
Kolejny raz wskoczył przez to samo okno. Scenografia przedstawiała się jednak nieco inaczej. Co prawda w środku wciąż było od groma krwi, ale przynajmniej już nie pachniało stęchlizną, a Ariane poukładała papiery w jedną stertę. 
- Jakieś ślady tych dokumentów? - zapytał. Ariane pokiwała przecząco głową. 
- Na pewno nie tutaj, ale popatrz na to. - powiedziała wyciągając w jego stronę holograficzną ramkę na zdjęcia. Maroon wziął ją w dłonie i popatrzył na wyświetlone zdjęcie. Były na nim trzy osoby, dwoje z nich to starsze małżeństwo, zapewne Kinweyowie. Ostatnią osobę rozpoznał natychmiast, stała uśmiechnięta obejmując małżeństwo ramionami. Zobaczył Ace. 
- Wygląda na to, że twoja Ace zabiła Hariet.

~*~

Cześć wszystkim :3 Taki rozdział na mam nadzieję miłe rozpoczęcie weekendu, który dla mnie będzie istnym koszmarem -,- Wyobraźcie sobie, że musicie spędzić 20 godzin w kościele bo inaczej wywalą was z bierzmowania...Piękny scenariusz prawda? Fuck this shit D:
Dobra mi życzcie  żebym nikogo nie zabiła po drodze tam, a ja wam życzę miłego weekendu :3 

________

CDN

piątek, 4 stycznia 2013

|13|


~Chcę się jej pozbyć~

    Ace zmrużyła oczy kiedy mała latarka lekarki zaczęła świecić prosto w jej źrenice. Kobieta jednak swoim łagodnym głosem kazała jej znów je otworzyć. Kręciło się w jej głowie, a czując ciepło miękkiej pościeli pod swoimi dłońmi myślała jedynie o śnie. Zaraz po tym jak wydostała się na brzeg musiała stracić przytomność, widocznie woda budziła ją na tyle, aby nie utonęła. 
- Dobrze! - powiedziała lekarka zadowolonym głosem- Wygląda na to, że wszystko jest w porządku! - Oczywiście nie kierowała swoich słów do Aceleve, wiedziała bowiem, że dziewczyna jest półprzytomna. Kierowała je do Mickey. Brązowowłosa siedziała na krześle obok łóżka Aceleve i posyłała w jej stronę ciepły uśmiech. Kolejny raz widziała rudowłosą w tak kiepskim stanie. Miała niemałe rozcięcie na czaszce, które powodowało koszmarne i nieustanne ataki migreny. 
- Dziękuję doktor Chaka. - odparła Mickey wdzięcznym tonem. Kobieta w białym kitlu poklepała Mickey po ramieniu po czym skierowała się powrotem do recepcji. Niedługo kończyła się jej nocna zmiana i kobieta myślała już tylko o ciepłym łóżku w swoim domu. 
Mickey skupiła niewyraźny wzrok zaspanych oczu na rudowłosej przyjaciółce, która rozłożyła się na pościeli uważając na każdy ruch głowy. Brązowowłosa zmusiła się do uśmiechu. Rudowłosa odpowiedziała kwaśną miną. 
- I masz zamiar siedzieć tu tak całą noc? - zapytała z niemałym rozbawieniem. Mickey wolno kiwnęła głową.
- Prędzej chyba zaśniesz. - zaśmiała się dziewczyna, a Mickey odpowiedziała przedrzeźniającą miną. 
- Nie martw się jak będę się nudzić wystarczy, że sprowokuję Patrica - powiedziała z uśmiechem wskazując na bruneta, który także półprzytomny rozłożył się na łóżku obok. Zasłonił oczy przed światłem jasnych jarzeniówek. Właśnie usiłował zasnąć. I wtedy przyszedł jej do głowy niecny i mało skomplikowany plan. 
Przyłożyła palec do ust nakazując przyjaciółce ciszę, ta uśmiechnęła się figlarnie i pokiwała głową. Ace położyła głowę na poduszce i już czuła, że zaczyna zasypiać. Jej powieki kleiły się do siebie jakby nasmarowane klejem. 
         Mickey podeszła na palcach do niczego nieświadomego Patrica. Jej uśmiech powiększał się z każdą następną sekundą. Wzięła jego kołdrę w dłonie i mocnym ruchem pociągnęła za nią. Efekt był natychmiastowy. Patric sturlał się z łóżka mając naprawdę nieprzyjemną pobudkę zawartą w jednym mocnym uderzeniu o podłogę. Krótki jęk wydobył się w jego krtani po czym drżącymi dłońmi chwycił łóżka i spróbował wstać. Całej tej scenie towarzyszył donośny śmiech Mickey. Drżący ze wściekłości Patric wstał i zmroził dziewczynę wzrokiem. Jednak ta nadal śmiała się nawet nie próbując powstrzymać niekontrolowanego wybuchu. Patric zacisnął pięści i zagryzł zęby gotowy do wybuchu, miał bowiem ochotę wydrzeć się na pół szpitala i był pewien, że swoim krzykiem obudzi zmarłych z okolicznych grobów. Wtedy jednak przeszkodził im spokojny głos próbujący ich rozdzielić i to najciszej jak się dało.
- Skończcie te przepychanki i idźcie do domu! Tam będziecie się mogli zabijać do woli. - Uświadczyła Mia hardym tonem, kiedy razem z Favem weszli na salę. 
Oboje - Mickey i Patric- odwrócili się w ich stronę w przeciwieństwie do nich nowo przybyli wyglądali na wypoczętych. Jakby byli naładowani świeżą energią. Patric nie mogąc się powstrzymać po prostu zdzielił Mickey po głowie tak, aby dziewczyna dostała swoją nauczkę. 
- Teraz możemy iść - oznajmił z uśmiechem kiedy brunetka rozmasowywała bolące miejsce na czaszce. Zmusiła się jednak do uśmiechu widząc jej czarnowłosą przyjaciółkę u boku Fava. Jakaś część jej nadal chciała zobaczyć ich kiedyś razem. Naprawdę razem nie jako przyjaciół, jako parę, pragnęła po prostu szczęścia przyjaciółki. Wiedziała jednak, że to nie może być proste. 
Odwróciła się jeszcze, aby pożegnać rudowłosą dziewczynę - przyczynę tego zbiorowiska - jednak ta, pogrążona we śnie prawdopodobnie nie zauważyła nawet przyjścia Mii i Fava. Mia i Mickey wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. 
- Mówiła coś na temat Maroona? - zapytała Mia. Pamiętała, że wskoczył za nią do zbiornika i była mu za to niezmiernie wdzięczna, gdyby nie on Ace prawdopodobnie już by nie żyła. Nie cieszył ją jedynie fakt, iż chłopak był odkupicielem, zupełnie jej to nie pasowało. Chciała szczęścia przyjaciółki, a przez ten jeden drobny fakt jej szansa na szczęście została bezpowrotnie rozwiana. Mickey kiwnęła głową zwracając na siebie uwagę Mii i Fava. 
- Powiedziała, że obiecał jej kolejne spotkanie. - Mia i Fave wymienili spojrzenia. Oczywiste było, że nie powiedzą o tym nikomu, bowiem Ace oskarżona zostałaby o zdradę i prawdopodobnie wygnana z poczetu łowców, co do Maroona … cóż nie znali procedur odnośnie zdrajców odkupicieli jednakże mogli podejrzewać, że kończy się to dla nich znacznie gorzej niż zwykłe wygnanie. 
- Powiedziała kiedy? - zapytał Fave kładąc dłoń na ramieniu Mii. Mickey jednak pokiwała przecząco głową. Wzrok wszystkich spoczął na śpiącej Ace. Wyglądała tak spokojnie, a jednak ile uczuć nią teraz targało? Jak ciężko było jej wytrwać ciągle myśląc o tym, że chłopak, który tak wiele dla niej znaczył żyje, a ona nie mogła być z nim?  To musiało być ciężkie… być może nawet cięższe od jego domniemanej śmierci. 
Czując jak napięta stała się atmosfera Patric położył dłoń na głowie Mickey i zaczął ciągnąć dziewczynę w stronę wyjścia. 
- Dzięki za zmianę, dajcie znać kiedy coś się zmieni! - krzyknął, ale na tyle cicho, aby nie obudzić Ace. Po chwili drzwi zamknęły się za nimi. Mia uśmiechnęła się do Fava, wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Patric wiedział co zrobić, aby rozładować atmosferę. Po prostu przestał roztrząsać problem.
- Cóż chyba zostaliśmy sami - westchnął Fave z nieukrywanym zadowoleniem, które pozwolił sobie okazać chytrym uśmieszkiem. Mia jednak nie odpowiedziała mu, opadła na łóżko obok łóżka Ace i spojrzała na śpiącą przyjaciółkę. 
- Same z nią problemy. - stwierdziła z uśmiechem przyznając samej sobie rację. 
- To prawda - uśmiechnął się Fave, który już usadowił się na tym samym krześle co wcześniej Mickey. - Ale pomyśl co byśmy bez niej zrobili? - uśmiech na ustach Mii poszerzył się kiedy spojrzała w wesołe fioletowe oczy Fava. 
- Nie wiem. - odparła krótko.

        Mickey szła po zielonej trawie pokrytej poranną rosą, w skutek czego materiał jej trampek przemoczył się, a dziewczyna poczuła jakby teraz i jej palce u stóp miały zamarznąć. Nie zeszła jednak na asfalt po, którym wolnym krokiem szedł Patric. Chciała bowiem chociaż raz zrównać się z nim, w rezultacie pozostała odrobinę wyższa niż się spodziewała. Teraz więc szła z półuśmiechem na ustach, a jej zaspane oczy rozglądały się z zainteresowaniem po okolicy. Było już dobrze po trzeciej, więc żaden samochód nie jeździł, a w żadnym oknie nie paliło się światło. Teraz miasto wyglądało jak każde inne miasto w stanach - opustoszałe. Jednak myśl o tym, że w każdym domu śpi co najmniej jedna osoba dodawała szczyptę optymizmu w dosyć ponury humor Mickey. 
Na niebie wesoło migały piękne gwiazdy będące akompaniamentem dla księżyca wokół którego zdawały się tańczyć swój odwieczny taniec. Mickey uśmiechnęła się widząc spektakl toczący się na nieboskłonie. Zaraz jednak poczuła jak z każdym kolejnym krokiem opanowuje ją zmęczenie, które ona usilnie próbowała odpędzić. Patric spojrzał na nią kątem oka wkładając zmarznięte dłonie do kieszeni bluzy. Westchnął widząc, że za chwilę będzie musiał ją przytrzymywać, żeby w ogóle mogła gdziekolwiek dojść. 
- Zgaduję, że nie dojdziesz do domu? - zapytał. Dziewczyna wydała z siebie przeciągły dźwięk, który z pewnością miał być potwierdzeniem jego zdania, jednak dopóki nie kiwnęła głową on nie mógł mieć pewności. Patric uśmiechnął się przelotnie widząc ją w tym stanie. 
- I zajmujesz moje łóżko? - zapytał. Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na niego i uśmiechnęła się mrużąc swoje orzechowe oczy. Miał wrażenie jakby nagle przebudziła się, albo chociaż spróbowała na chwilę odpędzić to zmęczenie. W oczach Patrica stanęły łzy, jednak ona już ich nie widziała, ponieważ brunet odwrócił głowę, kiedy tylko poczuł pieczenie. 
Jej uśmiech, orzechowa barwa jej oczu, dziwny sposób w jaki okazywała mu sympatię, charakter. To wszystko przypominało mu o zmarłej żonie, była tak złudnie podobna do Mickey i właśnie dlatego Patric utrzymywał brunetkę na dystans. Była cenną przyjaciółką, gdyby dał się ponieść emocjom mógłby ją zranić, a nie mógłby wybaczyć sobie straty przyjaciółki z powodu własnego egoizmu. To było głupie, ale przez podobieństwo Mickey do jego zmarłej żony zaczynał coś do niej czuć, nie była to miłość najprawdopodobniej nic więcej niż zwykłe pożądanie. Chciał się tego wyzbyć. Mickey była wspaniałą kobietą pogodną i pełną energii, a Patric wiedział, że z przyjemnością obdarzy ją uczuciem. Wiedział jednak, że to co czuje teraz nie było skierowane do Brosy, on po prostu odtwarzał uczucia skierowane do Emily- jego żony. Och ile on by dał, aby w końcu uwolnić się od tego uczucia.
- Patric. - usłyszał głos Mickey wołający jego imię. Chciała zwrócić jego uwagę i najwyraźniej udało jej się. Chłopak odwrócił głowę. Na ustach Mickey widniał uroczy uśmiech zachęcający go do pochwycenia jej dłoni, którą dziewczyna wyciągnęła przed siebie. Zaczęła iść po krawężniku i najwyraźniej w ten sposób prosiła Patrica o pomoc w utrzymaniu równowagi. Patric uśmiechnął się pod nosem. Chwycił dłoń Mickey i otulił ją swoją dłonią. Wplótł swoje palce w jej palce i zaczął jej się przyglądać. Przyglądać jej uśmiechowi kiedy starała się stawiać coraz to ostrożniejsze kroki idąc po dosyć wąskim krawężniku. Jej dłoń była mała, delikatna i ciepła, jednak emanowała od niej niezmierna siła taka jakiej spodziewał się po przyjaciółce. 
W końcu kiedy Mickey już po raz setny zachwiała się na krawężniku z naburmuszoną miną zeskoczyła z niego i podążając asfaltową drogą dotrzymała Patricowi kroku. Mocniej zacisnęła jego dłoń jakby przypominając mu o swojej obecności. Nie wiedziała czy będzie chciał puścić jej dłoń nie zrobił tego jednak, wywołując delikatny uśmiech na ustach Mickey. Sama nie widziała co ich łączyło i nie chciała wiedzieć. Chciała aby wszystko było takie jak było teraz przynajmniej dopóki nie uporządkują swojego życia. Oboje nieśli ze sobą balast doświadczeń, który od lat próbowali zgubić, cóż przynajmniej ona. Na palcu Patrica czuła bowiem chłód srebrnej obrączki. 
- Już się znudziłaś? - zapytał Patric zachęcając Mickey do spojrzenia na siebie. Dziewczyna wystawiła język wywołując szeroki uśmiech na ustach Patrica. 
- Kopnąć cię? - zapytała retorycznie chociaż jej słowa przeczyły jej czynom. Patric uśmiechnął się. 
- Prędzej ja ciebie powalę na ziemię - powiedział, a Mickey uniosła brew i wychyliła się lekko do przodu, aby spojrzeć na Patrica. 
- Czy w tym był jakiś podtekst Pat? - zapytała kuszącym głosem z cynicznym uśmiechem na wargach. 
- Wiem, że jesteś na mnie napalona mała, ale powstrzymałabyś się co? - powiedział powstrzymując chichot, którego nie szczędziła sobie Mickey. Weszli na ganek domu Patrica. Dębowe deski skrzypiały pod ciężarem ich ciał. Wciąż nie puszczając dłoni Mickey, Patric wyszperał w lewej kieszeni klucze i szybko otworzył drzwi. Zaprosił Mickey gestem ręki do środka, a ona puściła jego dłoń i udała się w dobrze znanym sobie kierunku, czyli do jego sypialni. Westchnął  na myśl, że znów będzie musiał z nią spać, jednakże na jego twarzy mimowolnie pojawił się delikatny półuśmiech. Zdjął buty, bluzę i miarowym krokiem ruszył za Mickey. 
Kiedy otworzył drzwi do swojej sypialni od razu rzuciło się w oczy iż w pomieszczeniu panował półmrok, a panna Brosa już szybko zdążyła się ugościć. Mianowicie wzięła z jego komody koszulkę i zaczęła się w nią przebierać. Teraz stała w jego pokoju obrócona do niego plecami i właśnie naciągała bluzkę na gołe plecy. Wyciągnęła włosy zza kołnierza i zmęczona opadła na łóżko. Patric natomiast zdjął z siebie wszystko i nie zważając na to czy Mickey peszy widok mężczyzny w samych bokserkach poszedł w jej ślady biorąc z komody bluzkę. Mickey zachichotała i zakryła usta dłonią widząc jego ładnie wyrzeźbiony tors. Cicho chichocząc rzuciła się na łóżko, próbując poduszką stłumić niepohamowany śmiech. Nie chciała bowiem obudzić Deene śpiącej po drugiej stronie korytarza. Zamknęła, więc oczy przywołując sen, jednak ku jej zdziwieniu kiedy położyła się na miękkiej pościeli nagle odechciało jej się spać. Otworzyła więc oczy. Czuła, że Patric leży po drugiej stronie łóżka odwrócony twarzą do niej. Czuła jego ciepły oddech tuż obok siebie. Nie wiedziała tylko jakie myśli krążą mu teraz po głowie. 
*MUZYKA*                                                                                     Emily. To była jedyna myśl Patrica kiedy patrzył na plecy Mickey. Skrzywił się nieznacznie. Chciał się jej pozbyć. Pozbyć się tej kochającej blondynki ze swoich wspomnień, z każdego po kolei. Jednak nie mógł. A może nie chciał? Próbował ją wyrzucić ze swojego umysłu tyle razy jednak, każde wspomnienie pochłaniało go i ciągnęło ze sobą. Gdyby się jej pozbył mógłby w końcu otworzyć się na ludzi być może nawet kogoś pokochać? Nie wytrzymał. Nie chciał dzielić tych uczuć tylko z samym sobą miał bowiem nieodparte wrażenie iż sam sobie nie poradzi. 




- Chcę się jej pozbyć. - szepnął. Mickey jak na wznak obróciła się na drugi bok i posłała pytające spojrzenie Patricowi. Ich oczy zrównały się ze sobą, a oni spojrzeli na nie. Patric mimowolnie odwrócił wzrok na sufit, jednak Mickey dotknęła jego policzka i wolnym, ale stanowczym ruchem położyła jego głowę z powrotem na poduszce, zmusiła go do spojrzenia w jej orzechowe oczy. 
- Patric co się dzieje? - zapytała dziewczyna zdecydowanie bardziej łagodnym tonem niż zazwyczaj. Patric lekko otworzył usta i nabrał powietrza. 
- Nie mogę się pozbyć Emily z mojego życia. - powiedział i zaczekał na jej reakcję. Mickey spuściła wzrok. Wiedziała o czym mówił. Jej także wiele lat zajęło pozbycie się pewnej osoby, a raczej zsunięcie go na dalszy plan. W końcu jednak chwyciła jego dłoń splatając jego palce ze swoimi. 
- Nie możesz się jej pozbyć. - powiedziała cicho, a w jej oczach stanęły łzy. - Emily była i będzie częścią twojego życia. Ty po prostu musisz dać jej odejść, i zrzucić ją na dalszy plan. Skupić się na tym co jest teraz, inaczej już nigdy się nie uwolnisz. Jeżeli porzucisz częste myśli o niej… - Otworzyła jego dłoń i delikatnie zsunęła obrączkę z jego serdecznego palca i zamknęła ją w swojej dłoni. Uniosła oczy wbijając w niego wzrok. - znów będziesz zdolny do kochania. Możesz zatrzymać Emily we wspomnieniach, a jednocześnie możesz kochać kogoś innego, możesz ułożyć swoje życie od nowa… - Jej głos zaczął się łamać, a po uwypuklonych od uśmiechu policzkach spłynęły łzy. Patric patrzył na nią jak zaczarowany. Kiedy mówiła miał wrażenie jakby każde jej słowo docierało do niego ze zdwojoną siłą, ponieważ Mickey mówiła prawdę. Tylko ona znała sposób na jego rozterki, problem był w tym, aby wprowadzić go w życie. - Dokładnie tak jak ja pozbyłam się Camerona. - dokończyła i już kompletnie zalała się łzami. Nie mogła już wykrztusić z siebie słowa chociaż chciała natomiast Patric widząc ją w tak opłakanym stanie nie pytał już o nic. Wiedział kim jest Cameron. Członkiem plutonu do, którego należała kiedyś Mickey, człowiekiem, którego kochała i jednym z wielu ludzi o, których śmierć oskarżono właśnie młodą Brosę. 
Jego dłonie zadrżały kiedy wyrwał je z uścisku jej dłoni. Uczynił to tak delikatnie i szybko, że Mickey nawet tego nie zauważyła. Wierzchem dłoni otarła łzy, nie zdążyła nawet oderwać dłoni od policzka kiedy poczuła przy sobie znajome ciepło. Patric objął ją ramionami i przycisnął do siebie pozwalając jej wypłakać się w jego koszulę. 
Chciał w ten sposób spłacić dług jaki zaciągnął wobec dziewczyny w ciągu ostatnich minut i pokazać jej, że tylko dzięki niej może w końcu pożegnać Emily.

~*~

Tak możecie mnie zabić, ale co poradzę w święta nie miałam czasu pisać, w ogóle! A po świętach? Sprzątaj po gościach -,- Dobra tak czy tak macie za sobą 13 rozdział, który mam nadzieję wam się podobał, a co do muzyki ... jestem wielką fanką mass effect, a przy tej piosence zdarza mi się płakać, być może dlatego ją tu wpakowałam :) Popłaczemy razem :D Ah i szczęśliwego nowego roku! Spóźnione ale zawsze :D

____________

CDN

piątek, 21 grudnia 2012

|12|


~Biel~

Biel, biel i jeszcze raz biel. To ten kolor dominował w życiu Maroona przez ostatnie dwa lata, to dlatego zobaczenie tych ognistych włosów Ace było swego rodzaju odskocznią od dotychczasowego życia.
- Dekontaminacja rozpoczęta - usłyszał mechaniczny głos i przysiadł na ławkach przeznaczonych specjalnie po to, aby przeczekać kilkuminutową dekontaminację. Splótł dłonie opierając łokcie o uda. wpatrywał się we wszechobecną biel. Po drugiej stronie pomieszczenia usiadły jego współtowarzyszki, na ich ustach dostrzegł lekki uśmiech kiedy spojrzał w ich stronę, wiedział bowiem, że wzbudza niemałe zainteresowanie płci przeciwnej. To przypominało mu czasy liceum, pamiętał jak bardzo cieszył się kiedy w maturalnej klasie w jego szkole pojawiła się Ace i zaczęła odstraszać jego adoratorki.
Odwrócił, więc pospiesznie wzrok, nie widział w tych dziewczętach nic godnego zawieszenia oka, oczywiście były piękne, ale nie oto chodziło w jego myślach bowiem po raz kolejny tego dnia pojawił się obraz przemoczonej do suchej nitki i uśmiechniętej Aceleve. Świat, który znał przed apokalipsą powrócił wraz z jej uśmiechem. Ktoś położył dłoń na jego ramieniu zmuszając Maroona do spojrzenia w jego stronę. Tuż obok niego rozsiadł się Harley. Chłopak jak przystało na kogoś noszącego takie imię był wręcz urodzony za kierownicą, w dodatku jego wygląd potwierdzał teorię. Harley był wysoki i atletycznie zbudowany nie był napakowany, ale było widać, że to nie ma znaczenia. Białe włosy zostały przystrzyżone tak aby nie przeszkadzać mu podczas walki, miał na sobie czarną skórzaną kurtkę, która podkreślała porywczy charakter chłopaka. Dodatkowo miał te bystre ciemne oczy, które wpatrywały się w chłopaka bacznym wzrokiem. Po chwili na jego ustach pojawił się, nikły uśmiech, który dosłownie po chwili zniknął z jego warg.
- To była ona prawda? Aceleve. - zapytał cicho chłopak. Wiedział jak wyglądała Aceleve przed dwoma laty, jednak kiedy zobaczył ją na żywo ubraną od stóp w czerń i uzbrojoną w cały arsenał broni, w dodatku zdecydowanie bardziej kobiecą niż przed apokalipsą nie od razu połapał się iż jest to ta sama dziewczyna. Maroon przytaknął.
- Zmieniła się i to bardzo. -stwierdził Maroon przygryzając wargę. Harley szturchnął go w bok.
- No tak tak niezła z niej laska to trzeba przyznać- uśmiechnął się Harley typowo dla podrywacza. Ta mina sprawiła, że Maroon niemal się uśmiechnął, jednak musiał przyznać, że Harley ma rację. Ace nie tylko zmieniła się psychicznie, fizycznie także nie stanęła w miejscu. Kiedy miała dziewiętnaście lat ciągle narzekała na to, że wygląda mało kobieco, to prawda nie miała wyrobionej talii, była nieco niska, i niemal przeraźliwie chuda, teraz jednak wyglądała tak jak chciała wyglądać przed apokalipsą, była zgrabną wysoką kobietą z wąską talią i całkiem niezłym biustem.
Maroon zwiesił głowę wstydząc się dziwnych myśli, które zaczęły pojawiać się w jego głowie.
- Tak dokładnie tak - przyznał Maroon bojąc się, że palnie coś głupiego. Dziewczyny z naprzeciwka i tak zaczęły się na nich dziwnie patrzeć, jednak wtedy odezwał się mechaniczny głos oznajmiający im donoście “Dekontaminacja zakończona” na całe szczęście.
Maroon wstał i zaczął przestępować z nogi na nogę jakby przygotowując się do biegu. Harley podszedł do niego już z większym spokojem. Stoickim wręcz. Wtedy też stalowe drzwi oddzielające ich od kwatery głównej otworzyły się niemal bezgłośnie i wtem oślepiło ich światło słoneczne. Maroon pospiesznie wyszedł na korytarz. Był to zawieszony piętro nad ziemią długi biały korytarz łączący ze sobą dwa kompleksy, jeden służył jako zbrojownia i garaż- z niego właśnie przychodzili - z kompleksem mieszkalnym i treningowym. Ten drugi budynek był niemal monumentalnej wielkości, a swoim kształtem przypominał plaster miodu był bowiem w kształcie sześciokąta, właściwie to trzy połączone ze sobą. Dwa budynki służyły jako mieszkania, a w ich środku znajdowały się kwatery, hale treningowe, strzelnice, stołówka i miejsca w, których odkupiciele mogli chwilę odpocząć, był tu nawet park, po środku stepów co prawda jednak to nadal był park. Maroon widział go przez okna wypełniające korytarz. Był dosyć sporej wielkości, rosły tam trawy, drzewa, kwiaty, krzewy… Rosły tam nawet bzy, ulubione kwiaty Aceleve, swoim zapachem zawsze wypełniały jej pokój być może dlatego stały teraz na parapecie ich kwatery, Harley często narzekał iż zapach jest zbyt mocny jednak ich drugiej współlokatorce podobał się ten zapach i kiedy Harley już otwierał usta, aby znów zacząć narzekać ta zdzieliła go po głowie często czymś co nawinęło jej się akurat pod rękę lub gołą dłonią. I taka właśnie była Ariane.
O wilku mowa.
Dziewczyna wyłoniła się zza ściany kiedy dwójka chłopaków przekroczyła próg tarasu. Taras miał szerokość około dwóch metrów i rozciągał się wokół kompleksu na każdym piętrze. Oni akurat mieszkali na ostatnim piątym piętrze. Z tarasu był doskonały widok na niemały placyk, który otaczały zabudowania budynku. Na dole, aż roiło się od odkupicieli chodzących po metalowych płytach wśród zielonej trawy. W całym budynku było coś co naprawdę rzucało się w oczy był to połyskujący metalowy znak wszechwidzącego oka porośnięty wyrośniętym tu bluszczem.
Ariane uśmiechnęła się pogodnie na widok Maroona i Harleya. Miała na sobie biały fartuch, który rozpięty ukazywał granatową bluzkę i jeansowe rurki. Dziewczyna wbiła stanowczy wzrok jasno-niebieskich oczu w Harleya, a jej mina zrzedła. Z jej delikatnych pudrowych ust zniknął uśmiech. Jej krótkie kręcone włosy w kolorze śnieżnej bieli poruszyły się kiedy przestąpiła na krok. Jej fryzura bardzo przypominała Maroonowi o starej gwieździe Hollywood -  Marilyn Monroe. Miała nawet taki sam pieprzyk przy ustach. Podeszła do Harleya, który uśmiechnięty opierał się o ramię Maroona. Ariane chwyciła Harleya za podbródek, a chłopak mimowolnie odwrócił się w jej stronę nieco rumieniąc, Ariane jednak nie patrzyła mu w oczy, skupiła swój wzrok na jego policzku. Uniosła dłoń jakby była gotowa go spoliczkować jednak powstrzymała się i westchnęła tylko.
- Do jasnej cholery nie czujesz, że masz cały rozwalony policzek?!- warknęła. Harley wzruszył ramionami, podobnie jak Maroon.
- To tylko mała rana- odpowiedzieli niemal na równi. Ariane westchnęła rozmasowując skroń.
- Byście się w końcu nauczyli dbać o swoje zdrowie co? - warknęła po czym wkurzona chwyciła masywną dłoń Harleya i zaczęła go ciągnąc w stronę ich kwatery. Harley momentalnie zarumienił się, dla Ariane jednak nie było to nic nadzwyczajnego.
Maroon zaśmiał się widząc minę przyjaciela. Z początku Ariane po prostu pociągała Harleya, jednak chłopak nie zdawał sobie sprawy, że ze zwykłego pożądania zaczął naprawdę coś czuć względem niebieskookiej lekarki.
- Ciągniesz nas do zachodniego skrzydła? - zapytał Maroon i już wiedział, że Ariane uśmiechnęła się cynicznie po czym prychnęła.
- Temu dzieciakowi nie potrzeba szpitala - stwierdziła z przekąsem. I miała rację bo skrzydło zachodnie zajmował szpital, badania biologiczne i prywatne kwatery Lavoira. Nikt jednak nie miał tam dostępu, przynajmniej nie osoby niższe ragą jak Maroon, Harley i Ariane.
- I znowu nazywasz mnie dzieckiem? - zapytał Harley wyraźnie niezadowolony z sytuacji chociaż pewnie pocieszał się tym, że Ariane wciąż nie puszczała jego dłoni. Ariane westchnęła przeciągle zresztą po raz kolejny tego dnia, próbowała się uspokoić, nie dać wyprowadzić się z równowagi, to jednak było trudne. Była bowiem osobą naprawdę wybuchową i nawet drobny szczegół potrafił ją wkurzyć.
- Bo jesteś jak dziecko. Jęczysz, prosisz o jedzenie jakbyś sam nie umiał czegoś ugotować i rozbijasz się wszędzie. - odrzekła i wolną od uścisku Harleya ręką otwierając drzwi do ich pokoju. Był on dosyć sporej wielkości, jego ściany miały biały kolor za to podłoga wyłożona była jasnymi panelami. Dwa metalowe piętrowe stały przy obu ścianach. Obok nich wbudowane w ścianę były dwie sporej wielkości szafy. Pod oknem między dwoma łóżkami ustawiona była biała kanapa, a obok niej szklany stolik na, którym stała opróżniona biała filiżanka z widocznym osadem po kawie. Na parapecie stał szklany wazon wypełniony bzem. Kiedy weszli do środka natychmiast uderzył ich ten zapach. Kwiaty były swego rodzaju ożywieniem dla całego białego otoczenia. To dlatego Ariane ignorowała to, że czasem zapach stawał się nieco mocny, kwiaty nadawały pomieszczeniu świeżości po za tym wiedziała jak wiele ten akcent znaczył dla Maroona.
Wskazała władczym tonem na ich łóżko po prawej stronie. Harley posłusznie powłóczył nogami w tą stronę, a Ariane wyjęła z szafki wszystkie bandaże, leki i maści jakie znała. Maroon natomiast zdjął buty i  natychmiast skierował się do łazienki zostawiając na 5 minut tą dwójkę samą. Harley ze stęknięciem usiadł na łóżku wywołując chichot Ariane. Dziewczyna rozłożyła wyposażenie na pościeli i obejrzała policzek Harleya. Wzięła gazę i rywanol po czym zaczęła starannie przemywać ranę. Pieczenie jakie wywoływał płyn sprawił, że Harley kilka razy zacisnął zęby.
- To rana cięta, - stwierdziła patrząc na pojedyncze rozcięcie od policzka, aż do ucha.
- Tak. - przytaknął chłopak patrząc uważnie na pogrążoną w swoim zajęciu Ariane.
- Kto cię tak urządził? - zapytała.
- Córka Hunta lubi bawić się mieczami. - zachichotał przypominając sobie długą katanę jaką dysponowała jedna z łowczyń. Ariane uśmiechnęła się nieznacznie.
- Co się tam właściwie stało? - zapytała Ariane. Harley najpierw spuścił wzrok po czym przeniósł je na drzwi łazienki, w której aktualnie znajdował się Maroon.
- Plan się nie powiódł. - stwierdził, krótko. - Była tam Aceleve. - Powiedział. Ariane przestała przecierać ranę i przeniosła nieprzytomny wzrok w Harleya. Teraz i ona przeniosła wzrok na drzwi łazienki. Przez chwilę pod wpływem szoku nie mogła wykrztusić z siebie słowa, ale nie musiała bo Harley kontynuował wypowiedź.
- Przejrzała nas. - powiedział uśmiechając się nieznacznie tym samym wyrażając podziw dla instynktu rudowłosej. - Kiedy tylko włączyliśmy ładunki ona od razu to usłyszała i wyrzuciła Hunta i jego córkę ze strefy wybuchu, sama jednak wpadła do zbiornika w dodatku dostała w głowę gruzem. - powiedział, a kiedy zobaczył jak wyczekująco spogląda na niego Ariane kontynuował. W jej wzroku widział nieme pytanie mianowicie “Co zrobił Maroon?”.
- Ten idiota wskoczył za nią i ją uratował, prawdopodobnie chwilę rozmawiali. Zaczęliśmy szybko przegrywać było ich naprawdę dużo, w tym snajperów, szybko nas rozstrzelali, więc się wycofaliśmy. - dokończył. Ariane uśmiechnęła się. To było w stylu Maroona lubił bawić się w rycerza na białym koniu. Zastanawiało ją jednak o czym rozmawiał z Aceleve, czy w ogóle rozmawiali? Być może nie wiedzieli o czym rozmawiać, może po prostu patrzyli tępo na siebie nie wiedząc o czym mają rozmawiać? Nie wiedziała bo nie miała prawa wiedzieć takich rzeczy. Jedynie Maroon mógł wiedzieć.
Ariane z powrotem skupiła się na ranie Harleya co raz powtarzając, że dał się pociachać jakiejś babie, a kiedy zajęczał nazywała go dzieckiem i sarkastyczno troskliwym gestem pogładziła jego białe włosy uśmiechając się od ucha do ucha. Kiedy Ariane nałożyła kompletny opatrunek na ranę, drzwi do łazienki otworzyły się. Maroon wyszedł z niej z wilgotnymi włosami, w czerwonym podkoszulku i jeansach. Na ramiona zarzucił ręcznik na, który spadały krople wody.
- Tak właściwie to gdzie jest Cam? - zapytał chłopak rzucając się na białą kanapę, Ariane miała już odpowiedzieć kiedy w drzwiach staną zdyszany Cam. Z jego ciała spływały krople potu, a jego biały podkoszulek był kompletnie przemoczony. Zaczesał średniej długości włosy do tyłu tak, aby nie wpadały w jego oczy w kolorze bursztynów. Był umięśniony, a według Ariane, aż nad to. Przez ramię przewiesił granatową torbę treningową.
- Hej ludzie! - przywitał się. Ariane skrzywiła się.
- Przywitaj łazienkę, a nie nas. - powiedziała, a Cam posłał jej pytające spojrzenie - Śmierdzisz. - skwitowała. Maroon nie mogąc powstrzymać śmiechu wyszczerzył się chichocząc. Harley wciąż miał nieco obolały policzek, więc na jego twarzy pojawił się jedynie delikatny uśmiech. Cam natomiast uśmiechnął się cynicznie i rzucił w dziewczynę butelką wody. Ariane odbiła ją przedramieniem, a ta wylądowała na jej kolanach.
- Zobaczysz, że dostaniesz za swoje jak tylko wyjdę - zaśmiał się i zatrzasnął za sobą drzwi. Ariane uśmiechała się jeszcze kilka sekund jednak potem przeniosła wzrok na Maroona. Wychyliła się zza łóżka i spojrzała na towarzysza broni.
- Co powiedziała Aceleve? - zapytała ciekawska dziewczyna. Maroon, który do tej pory leżał na kanapie opierając przedramię na głowie opuścił rękę i podniósł się na łokciach, aby spojrzeć na dziewczynę.
- Że tęskniła. - odparł krótko.
- I?
- I tyle. - zakończył jednak potem zobaczył niezadowoloną minę Ariane postanowił bardziej sprecyzować odpowiedź.- Wiesz jakoś nie mieliśmy czasu na rozmowę. - powiedział, a rumieniec, który pojawił się na jego policzkach mówił sam za siebie. Ariane uśmiechnęła się figlarnie i przytaknęła.
Maroon celowo pominął fakt o ich przyszłym spotkaniu. Bał się, że są obserwowani bo w końcu to było naprawdę możliwe. Aby powiedzieć o tym Ariane musiałby znaleźć się razem z nią po za terenem bazy inaczej nie miał żadnej pewności czy nie jest pod obiektywem kamery. Nigdy nie uważał odkupicieli za godnych zaufania, jednak trzymali go przy życiu, gdyby nie lek Maroon stałby się jedną z tych bezrozumnych istot, a tego nie chciał. Chciał żyć, dla Aceleve.
Drzwi zaskrzypiały po raz kolejny i tym razem zza nich wynurzył się młody odkupiciel. Atletycznie umięśniony chłopak spojrzał na swoich starszych kolegów, a gdy odszukał wzrokiem twarzy, których szukał odezwał się.
- Eagle - zwrócił głowę w stronę Maroona. - Jenkins - przytaknął na Ariane. Na dźwięk swoich nazwisk odkupiciele zwrócili uwagę na nowoprzybyłego. - Pan Lavoir wzywa was do siebie. - Przyjaciele popatrzyli po sobie i kiwnęli głowami. Jeżeli Lavoir ich wzywał wiedzieli dobrze, że chodzi o kolejną misję, jednak to było co najmniej dziwne, aby wyznaczał Maroonowi kolejną kiedy ten dopiero wrócił z jednej.
- Już idziemy. - odparła Ariane, a młody odkupiciel przytaknął i zamknął za sobą drzwi. Maroon zwlókł się z niechęcią z kanapy i przeciągnął się. Ariane natomiast spojrzała na Harleya i jego ranę. Chłopak rozłożył się na poduszkach na jej piętrze łóżka i wbijał w nią wzrok, dziewczyna uniosła dłoń z przestrogą.
- Ani mi się waż tego drapać! Zrozumiano? - zapytała srogim tonem. Harley uśmiechnął się i przytaknął.
- Tak mamo. - powiedział przeciągając swój głos niczym małe dziecko. Ariane uśmiechnęła się.
- A nie mówiłam, że jesteś jak dziecko?

Maroon i Ariane stali po środku tradycyjnie białego pomieszczenia z dużymi oknami, które dodatkowo je rozświetlały. Po środku podłogi ze szkła w matowo-gładki wzór szachownicy stało białe biurko Lavoira. Sam mężczyzna siedział na fotelu otoczony przez swoich niezwykle poważnych strażników. Nie odzywał się, więc Ariane i Maroon popatrzyli po sobie w końcu chłopak odezwał się.
- Po co nas wezwałeś? - zapytał Maroon i obdarzył Lavoira niepewnym spojrzeniem swoich niezwykle zielonych oczu. Przywódca odkupicieli podniósł na niego swój wzrok. W końcu przemówił.
- Chodzi o waszą przyjaciółkę, Hariet. - powiedział. W głowie Maroona pojawił się obraz troskliwej twarzy dziewczyny. Zawsze wiązała swoje włosy w warkocz, była nieco cyniczna, ale zawsze pogodna. Maroon mógł z nią porozmawiać o wszystkim, podzielić się z nią ciężarem swoich problemów, a dziewczyna zawsze była gotowa go wysłuchać. Podejrzewał także iż dziewczyna była w nim zakochana i było mu z tego powodu przykro, wiedział bowiem, że nigdy nie będzie w stanie odwzajemnić tego uczucia.
- Co z nią? - zapytała Ariane. Była dosyć blisko z Hariet, martwiła się kiedy przez kilka tygodni nie było jej w bazie. Lavoir splótł ze sobą dłonie.
- Wykonywała bardzo ważną misję niedaleko Chicago. Jednak od jakiegoś czasu nie dostajemy od niej odpowiedzi. - powiedział. Ariane zagryzła wargę. - Jesteśmy pewni, że nie żyje. - stwierdził Lavoir. Ariane nie wytrzymała, do jej oczu napłynęły łzy na wieść o śmierci przyjaciółki. Wpadła w ramiona Maroona wypłakując się w jego podkoszulek. Maroon pogładził przyjaciółkę po włosach próbując ją jakoś uspokoić. Jego oczy zaszkliły się tak, że jednak postanowił nie okazywać słabości. Zagryzł, więc wargę i wpatrywał się w Lavoira nadal gładząc Ariane po włosach.
- Coś jeszcze? - zapytał Maroon chcąc się jak najszybciej wydostać z tego przeklętego gabinetu.
- Chcemy, abyście odszukali jej ciało i dane, które miała dostarczyć. - Na ten dźwięk Ariane zadrżała, a Maroon miał wrażenie, że przyjaciółka zaraz rozpadnie się z rozpaczy w jego ramionach.

~*~
Trochę Maroona na koniec świata dobrze wam zrobiło? Mam taką nadzieję, a teraz jako, że coraz bliżej święta to wypadało wam złożyć życzenia moi kochani czytelnicy, bez was nie miałabym po co pisać :3

Wszystkiego najlepszego, zdrowia, szczęścia pomyślności, spełnienia marzeń i tych błahych i tych ważniejszych, abyście każdego dnia byli uśmiechnięci i żeby wstawanie w poniedziałek jakimś cudem stało się mniej uciążliwe :) 

________

CDN

piątek, 14 grudnia 2012

|11|


~Oczy~

Pomimo tego, że ponad czterdziesta ludzi przemieszczała się równym krokiem w wyznaczonych im kierunkach to żadnego z nich nie było wyraźnie słychać. Zaczęli przegrupowywać się wśród budynków. Chowali potrzebne zaopatrzenie pod biurowymi stołami. Były to pigułki przeciw bólowe, opaski uciskowe, bandaże, to przynajmniej znajdowało się na stanowisku pierwszej pomocy do pilnowania, którego wyznaczono jednego łowcę. Dziewczyna nazywała się Talia i to ją Ace zdołała poznać bliżej. Pomagała jej rozkładać sprzęt pierwszej pomocy. Sama bowiem nie miała wiele do roboty, była w końcu eskortą, nie musiała przygotowywać stanowiska, ubolewała jednak, że Mickey nie wyznaczyła ją na jednego ze snajperów, była przecież wystarczająco dobra. Nie wiedziała co w tamtym momencie chodziło przyjaciółce po głowie.


        Rozłożyła ostatnie fiolki z tabletkami pod prowizorycznym stanowiskiem Talii, a dziewczyna posłała jej wdzięczny uśmiech. Talia nie miała więcej niż osiemnaście lat i nie była zbyt dobra w walce wręcz, co prawda umiała strzelać jednak jej zdolności lekarskie były o wiele lepsze niż strzeleckie. Talia wydawała się zadowolona z tego faktu, powiedziała, że woli uśmierzać ból niż go zadawać. Wyglądała zresztą naprawdę niepozornie, była chuda i nieco wątła, miała jasną różową cerę, ciemne krótkie brązowe włosy i jasne błękitne oczy. 
- Dziękuję za pomoc Ace. - uśmiechnęła się siadając obok całego zaopatrzenia. Spojrzała w bok za Ace. Po drugiej stronie szykowało się inne stanowisko. Stanowisko z bronią gdzie inny łowca szykował dodatkowe magazynki i karabiny. Mogło się przecież zdarzyć, iż któremuś z łowców skończy się zapas amunicji lub coś stanie się z bronią, wtedy mogli spróbować dostać się tutaj. Wzrok Talii spoczął na chłopaku, który czyścił broń, wyglądało na to, że go znała. 
- Cieszę się, że ja i Kev nie musimy walczyć, ale martwię się o innych… - powiedziała, a jej głos załamał się nieznacznie. Ace podzielała jej obawy jednak postanowiła o tym nie mówić, Talia wydawała jej się naprawdę przestraszona. 
- Nie martw się wszyscy jesteśmy wyszkoleni damy sobie radę. - rudowłosa uśmiechnęła się pokrzepiająco. Talia skupiła na rudowłosej wzrok bystrych niebieskich oczu i uśmiechnęła się blado. 
- Wiem i nie martw się jeżeli przyjdzie mi walczyć nie będę płakać i chować się za Kevem, jestem łowczynią i to moja powinność, aby walczyć za ludzi wiem o tym… po prostu boję się…
- Już wszystko w porządku strach to ludzka rzecz… - powiedziała Ace z uśmiechem, a wtedy zdała sobie sprawę, że po prostu powtarza słowa Lorett, które ta skierowała do niej ponad dwa tygodnie temu… Poczuła ukłucie w sercu kiedy w jej umyśle pojawił się obraz uśmiechniętej mulatki z delikatnym uśmiechem na czekoladowych ustach. Niemal czuła jej przyjemny zapach i to właśnie bolało najbardziej. Wspomnienia były tak żywe jakby działy się teraz, jakby wcale nie były wspomnieniami. Przymknęła oczy, a obraz Lorett zastąpiła czerń, w ten sposób Ace próbowała się otrząsnąć z tych wspomnień. Talia popatrzyła na nią dziwnym wzrokiem, który zastąpił wcześniejszą wdzięczność. 
- Coś się stało? - zapytała dziewczyna widząc, że z ust Ace zniknął uśmiech. Rudowłosa potrzasnęła głową i uśmiechnęła się nieznacznie. 
- Nic, nic - zapewniła ją, a Talia już otwierała usta, aby powiedzieć, że przecież nie jest ślepa, ale wtedy Ace zręcznie zmieniła temat. 
- Więc ty i Kev…- zaczęła, ale wbrew jej oczekiwaniom Talia nie spłonęła rumieńcem po prostu posmutniała i położyła głowę na podkulonych kolanach. Spojrzała w kierunku chłopka. Miał czarne włosy, które opadały na wysokie czoło, a jego oczy skupione były na jednym z karabinów. 
- Arthur i ja poznaliśmy się podczas treningów w bezpiecznym mieście, podczas pierwszego polowania obronił mnie, ale został ciężko ranny więc go opatrzyłam, od tamtej pory jesteśmy przyjaciółmi to wszystko. 

Widok, który tu zastała nie był zbyt zachwycający, tym bardziej zapach, który był co prawda stłumiony, ale nadal wystarczająco mocny, aby zemdliło ją kiedy weszła do pomieszczenia. Odór był ohydny, zapach rozkładających się ciał, nie mieli czasu posprzątać budynku i zakopać ludzi, postanowili, że zrobią to po akcji, o ile w ogóle będzie udana. Teraz jednak zeskładowali ciała w łazienkach, aby trochę stłumić odór, który nadal unosił się w powietrzu. W dodatku większość wykładziny oraz ścian, była poplamiona zaschniętą krwią, co nie było najlepszym widokiem. Cóż to i tak lepsze niż mutant. 
Piętro 5 w pozycji snajperskiej zajmował Fave, nie wiedziała dlaczego tu przyszła. Może bo to mogło być ich pożegnanie? Więc dlaczego nie żegnała się z Ace, Mickey i ze swoim ojcem? Dlaczego przyszła akurat do Fava? Nie wiedziała, chociaż ta sytuacja była oczywista to zamknięta w swojej skorupie Mia nie umiała tego powiedzieć. Nie umiała powiedzieć dlaczego tutaj przyszła i dlaczego tak bardzo zależało jej na pożegnaniu z Favem. Ona nawet nie wiedziała co ma powiedzieć. 
- Hej Mia. - Fave podniósł się ze swojego stanowiska. Oparł karabin o ścianę tuż obok zapasowych luf i amunicji. Uśmiechnął się od ucha do ucha ukazując szereg białych zębów. Uśmiechnęła się blado. Fave dotknął jej ramienia. 
- Coś się stało Mi? - zapytał. Dlaczego łudziła się, że Fave nie zauważy iż coś jest z nią nie tak? Przecież znał ją od podszewki, wiedział kiedy coś jest nie tak nawet jeżeli ona wmawiała sobie, że tak nie jest. Mia spuściła wzrok na okna. 
- Przyszłam się pożegnać - powiedziała w końcu. Jej głos był ponury i całkowicie bezbarwny, jakby nie włożyła w niego ani grama uczucia. I to właśnie zmartwiła Fava. To prawda Mia czasem była szorstka, ale wyrażała to cynizmem. Nigdy nie słyszał, aby jej głos był, aż tak bezbarwny… Martwiła się. Na swój dziwny i sztywny sposób martwiła się. Cóż okazywała to skrajnie inaczej niż inni, ale sposób w jaki patrzyła w dół, na tych wszystkich pobratymców krążących w pospiechu po ulicy mówił wszystko. 
- Pożegnać? Chyba nie myślisz, że tu zginiemy? - jego głos nie był poważny, Fave po prostu chichotał. Mia spojrzała na przyjaciela spod byka. Założyła ręce na piersi i odwróciła głowę. 
- Ja po prostu przewiduje każdą ewentualność Hawk. - Odparła twardo. Jej ton już kompletnie rozśmieszył Fava. 
-A już myślałem, że przyszłaś tu bo się na mnie napaliłaś. - Fave uśmiechnął się łobuziarsko i założył dłonie na piersi podobnie jak przed momentem zrobiła to Mia, która teraz poczerwieniała na twarzy. 
- Chciałbyś Hawk! - warknęła dziewczyna i pchnęła jego ramię, jednak Fave zrobił coś czego kompletnie się nie spodziewała. Chwycił ją za nadgarstek i nadal z tym uśmieszkiem na ustach i przyciągnął ją do siebie. Ich klatki piersiowe zetknęły się, a policzki Mii przybrały czerwony kolor. Miał dosyć czekania, serdecznie dosyć czekania na lepszą okazję. Wiedział bowiem, że lepszej być nie może. Podniósł więc podbródek Mii tak, aby jej oczy skupiły się tylko na nim. Tak jak powiedział ojciec Mii to była pora, aby wziąć sprawy w swoje ręce. 
- Nawet nie wiesz jak bardzo… - szepnął zbliżając swoją twarz do twarzy Mii. Dziewczyna czuła mocny uścisk jego dłoni na swojej talii. Czuła jego bliskość. Ciepły oddech drażniący jej skórę. Mia przymknęła oczy czekając na pocałunek. 
- Śmigłowce! - krzyknął ktoś z tyłu, dokładnie za Mią. Dziewczyna gwałtownie otworzyła oczy i odwróciła głowę w stronę głosu. Człowiek, który krzyczał w ich stronę zniknął jednak zanim Mia odwróciła się. Słychać było tylko jak jego podeszwy uderzają o metalowe schody. Powoli  odwróciła głowę, aby znów spojrzeć na Fava myśląc, że czar prysł. Tym większe było jej zaskoczenie kiedy chłopak natychmiast najpierw przesunęła się po jej włosach i talii po czym przycisnął dziewczynę do siebie. Mia najpierw zaskoczona nie odpowiedziała, później jednak przywarła do chłopaka stając na palcach. 
- Wszystko będzie dobrze- powiedział kołysząc się z dziewczyną raz w lewo raz w prawo jakby próbował ją uspokoić. 
- Dziękuję. - Powiedziała dziewczyna czując jak jej wszystkie obawy odpływają gdzieś daleko, po chwili jednak chłopak puścił ją. Mia stanęła znów płasko. W tle usłyszała cichy szum helikopterów, zagryzła wargi. Popatrzyła w fioletowe oczy Fava, błyszczały niczym klejnoty. Uśmiechał się łagodnie i odgarnął kosmyk włosów za jej ucho.
- Teraz możesz iść - powiedział z uśmiechem. 

To wszystko działo zbyt szybko, aby Ace to ogarnęła. W jednej chwili ulice wypełnione łowcami opustoszały. Żołnierze schowali się w wyznaczonych sobie miejscach nie pozostawiając po sobie niczego. Nie słychać było, żadnej ich rozmowy prawdopodobnie jedynymi czynnościami jakimi się zajmowali było czekanie i oddychanie. Nie słychać było nawet plusku wody jaki powinien wydawać akwedukt pod nimi, kiedy ktoś zrobił chociaż krok w miejscu w, którym zebrali się łowcy woda sięgała zaledwie do połowy łydek pod nimi natomiast akwedukt gwałtownie opadał i wypełniony mógłby sięgać wysokości pięciu metrów. Ace jedynak nie słyszała nic prócz swojego zdenerwowanego oddechu i coraz głośniejszego odgłosu szybko poruszających się śmigieł helikopterów.
Potrząsnęła dłońmi rozluźniając nadgarstki, aby jej dłonie były gotowe, aby sięgnąć po broń do kabury. Spojrzała na swoją lewą. Tuż u jej boku stał Hunt, dowódca wszystkich łowców. Uśmiech zniknął z jego twarzy gdy tylko on i jego eskorta postawili nogę na tym moście. Ace także nie była skora do uśmiechu. Mia wychyliła się zza masywnej sylwetki swojego ojca i posłała jej bystre spojrzenie. Patrząc na przygnębioną minę rudowłosej Mia zmusiła się do pokrzepiającego uśmiechu. Ace odpowiedziała półuśmiechem, który znikł kiedy zobaczyła jak blisko nich są już helikoptery. 
Czarne punkty na nieboskłonie szybko zaczęły się powiększać, aż w końcu naprawdę przybrały kształt helikopterów. Hunt zacisnął palce na rączce metalowej teczki, to w niej znajdowały się informacje potrzebne do wymiany. Dane na temat największych skupisk zombie na terenie Ameryki południowej. Ace nawet nie chciała pytać po co były im te dane. Czy oni chcieli chronić zombie? W takim razie po co zabijać ludzi? Jeżeli chcą chronić zombie zamykając ich w klatkach to proszę bardzo bo to pomoże obu stronom, ale zabijać ludzi? Ace miała ochotę po prostu walnąć się w czoło otwartą dłonią, powstrzymała się jednak wiedziała bowiem, że musi zachować powagę. 
Helikoptery znalazły się tuż nas nimi, a ich głośny dźwięk stał się nie do wytrzymania. Mia miała ochotę po prostu zasłonić uszy dłońmi. Myślała, że zaraz ogłuchnie. Jeden z helikopterów znalazł się na naprawdę niskiej wysokości, a jego wirujące śmigła zaczęły rozrzucać piach zebrany na ulicy. Mia podobnie jak jej ojciec zasłonili usta przedramionami tak aby nie dostał się do nich i zmrużyli oczy. Ace naciągnęła tylko biały szalik na usta i zamknęła prawe oko pozwalając by osłonka na lewym chroniła ją przed piaskiem. Drugi śmigłowiec zaczął zrzucać snajperów na dach. Białowłosi ludzie w czarnych strojach usadowili się na gzymsach z karabinami w dłoniach gotowi osłaniać główną eskortę. Z pierwszego śmigłowca wyskoczyła piątka ludzki - eskorta. 
Po kolei najpierw wyszedł sam Lavoir. Ace musiała przyznać, że wyglądał niepozornie. Był wysoki, ale nawet umięśniony ubrany od góry do dołu na biało co stanowiło dziwną odmianę od czarnych ubrań podwładnych. Kolor jego ubioru komponował się z długimi białymi włosami i sprawiał, że czarne wszechwidzące oko widniejące na piersi wyróżniało się i to znacznie. Ace musiała przyznać, że był nawet przystojny z tą swoją Francuzką urodą i chytrymi oczyma. Wyszedł na ulicę, a za nim kilkoro kolejnych. Najpierw dwie białowłose kobiety o, krótkich włosach dotrzymały mu kroku, a następnie chłopak. Był nieco większy od swojego szefa, a pomimo odległości Ace dostrzegła uśmiech na jego twarzy. To było zaskakujące, w końcu zobaczyć jakiekolwiek uczucia na twarzy odkupiciela. Cóż widziała uśmiech, ale tamten był pełen goryczy żalu i pożegnania ze światem, tymczasem uśmiech tego chłopaka był szczery i uradowany. Chłopak odwrócił się i zaczął coś mówić do swojego współpracownika, który właśnie wyszedł z helikoptera. 
Ace zamarła. Poczuła jak jej mięśnie drętwieją odmawiając posłuszeństwa, jak przez jej umysł przepływa tysiące łez wylanych tylko dla tego widoku, nadzieja rodząca się dla tej chwili nagle wyparowała pozostawiając po sobie tylko niczym nie stłumiony lęk. Chłopak, którego zobaczyła wyskoczył jednym susem z helikoptera, powodując, że długi czarny płaszcz przyozdobiony gdzieniegdzie srebrnymi zamkami podleciał nieznacznie do góry. Czarny szalik został luźno obwiązany wokół jego szyi. Jego białe włosy opadały na wysokie czoło tworząc swego rodzaju ramę dla oczu. Chłopak prowadził rozmowę ze swoim kolegą uśmiechając się delikatnie. W końcu rozejrzał się dookoła i nagle przestał mówić. Wpatrzył się w Ace z podobnym lękiem co ona na niego. 
Ich oczy spotkały się. Oboje jak na wznak poczuli nieukrywaną tęsknotę i niepohamowaną radość, wiedzieli jednak, że muszą to stłumić, więc ich oczy nadal tępo patrzyły po sobie. Tylko jego imię przemknęło jej teraz przez myśl. Maroon. 
Helikopter odleciał pozwalając łowcom w końcu przestać mrużyć oczy. Ace odwróciła wzrok i napotkała inny. Wzrok Mii, której szare tęczówki wyrażały jedynie uczucie współczucia. Eskorty zaczęły podążać w swoim kierunku zbliżając się do siebie. Ace zagryzła wargi Maroon natomiast zacisnął dłonie i zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę kiedy znaleźli się już wystarczająco blisko, aby przestać się poruszać. 
- Coś się stało Maroonie? - zapytał Lavoir kiedy zauważył dziwne zachowanie podwładnego. Kiedy przywódca wypowiedział na głos imię chłopaka potwierdził przypuszczenia Ace bo pomimo mocnego francuskiego akcentu Ace rozpoznała to imię. 
- Nic. Jestem po prostu nieco zdenerwowany- usprawiedliwił się zielonooki po czym przeniósł wzrok na Ace, która ku jego rozczarowaniu spoglądała na ulicę, nie na Maroona. Antoni nie przejmując się tym co zauważył podniósł wzrok na Hunta.
Ich oczy będące mniej więcej na tej samej wysokości spotkały się, a ich miny zrzedły. Obojgu nie było do śmiechu. Hunt spuścił wzrok na metalową teczkę w dłoni Lavoira. 
- Rozumiem, że to są dane na temat szczepionki - odezwał się Hunt, jego głos był całkowicie pozbawiony radosnego tonu z jakim odnosił się do łowców. Antoni uśmiechnął się, a był to doprawdy uśmiech sępa czekającego, aż podadzą mu padlinę. 
- Od razu przechodzimy do spraw? - głos Lavoira był zawiedziony, a przynajmniej tak brzmiał. Przeniósł swój wzrok na Mię. 
- Twoja córka to ładna pannica dawno jej nie widziałem, dalej potrafi skopać tyłki moim ludziom? - zapytał żartobliwie i zaśmiał się jednakże nikt mu nie zawtórował. Sytuacja była dosyć napięta. Ace wyczuła, że coś było nie tak, jakby Lavoir grał na zwłokę. W dodatku sposób w jaki Maroon na nią patrzył to nie była tylko tęsknota, on się o nią martwił. Co tu było grane? Nie wiedziała, więc pozostała czujna. Skupiła się na każdym nowym dźwięku i na każdym ruchu odkupicieli. 
- Lavoir do rzeczy! - warknął zdenerwowany tą gadką Hunt. Lavoir uśmiechnął się. 
- Oczywiście! Oczywiście! - zapewnił go przywódca odkupicieli i wyciągnął dłoń z walizką w stronę Hunta. Mężczyzna spojrzał na walizkę czujnym wzrokiem po czym przenosząc go na wykrzywioną w cynicznym uśmiechu twarz Lavoira ściągnął brwi.- To twoje dane! - powiedział uradowanym głosem, a Ace niemal natychmiast dostrzegła nieznaczny ruch jego prawej dłoni. Wtedy też usłyszała ciche pikanie i już wiedziała co się miało zdarzyć. Nieumyślnym ruchem odrzuciła nieświadomych Hunta i Mię do tyłu tak, aby znaleźli się poza strefą wybuchu i widząc, że w tym samym momencie i odkupiciele uciekli ona chciała zrobić to samo jednak było już za późno. Rozległ się ogłuszający wybuch. Straciła grunt pod nogami i panowanie nad własnym ciałem, które w jednej sekundzie przeszył stłumiony ból. 
Maroon chociaż poganiany przez swoich pobratymców ani myślał o zostawieniu jej tam samej. Patrzył jak spada w przepaść co raz uderzana przez spadający gruz i nie myśląc o niczym innym jak o ratowaniu jej życia wskoczył za nią. Wiedział bowiem co znajduje się pod spodem. Pełen wody zbiornik, a w tym stanie Ace nie będzie wstanie się wynurzyć i po prostu utonie. 
Przez umysł przemknęło mu każde wspomnienie. Wzrok jej rozradowanych niebieskich oczu, jej uśmiech, ton jej głosu kiedy wymawiała jego imię. Zmieszanie kiedy pocałował ją publicznie, chociażby w policzek. Chciał, aby to przestały być już tylko wspomnienia, aby one powróciły bo on nie przestał jej kochać. Chociaż minęły dwa lata jego uczucie do niej pozostało niezmienne. 
Uderzyła o wodę niczym o beton. Czuła jak opada w głęboką lodowatą toń. Rozkazała swoim mięśniom ruch, ale straciła nad nimi kontrolę. Zagryzła zęby, a bąbelki powietrza oplotły jej twarz. Każdy ruch wymagał wysiłku, któremu towarzyszył ból. Zmusiła się do otworzenia oczu. Woda zabarwiła się na czerwony kolor jej krwi. Była tak ogłuszona wybuchem, który wciąż dudnił w jej uszach, że nawet nie poczuła kiedy coś uderza w jej głowę. Stopniowo traciła tlen, a kiedy poczuła, że uderza o dno z jej krtani wydobył się niekontrolowany jęk pozbawiający ją resztek powietrza. I wtedy zobaczyła ruch obok siebie, przy okazji czując jak czyjeś dłonie podnoszą jej plecy i wsuwają się pod jej kolana. Ktoś podniósł ją do góry przycisnął do siebie i odbijając od dna zaczął wzbijać się do góry. Jednak to nie wystarczyło. Dziewczyna czuła bowiem, że z powodu braku tlenu za chwilę straci przytomności i prawdopodobnie już nigdy jej nie odzyska. Ktoś kto oplatał swoją dłonią jej talię zauważył jak ściskała swoje żebra próbując wydobyć z płuc resztki powietrza. Zareagował niemal natychmiast. Odwrócił głowę w jej stronę i wpił swoje usta w jej usta przekazując jej swój tlen. Znała te usta, doskonale wiedziała do kogo należą, tylko Maroon tak ją całował. 
Po chwili wynurzyli się i chociaż Ace nie potrzebowała już powietrza to oni nadal dryfowali na tafli wody pogrążeni w namiętnym pocałunku. Przypominali sobie chwile kiedy nie byli swoimi wrogami, chwilę kiedy mogli bez przeszkód być razem. I chcieli, aby one powróciły. Usłyszeli głosy nad sobą, a wraz z nimi strzały i bojowe okrzyki, jakby obudzili się z letargu. Odkleili się od siebie spoglądając w swoje oczy. Zieleń jego tęczówek była taka jaką ją zapamiętała. Nic się nie zmieniły.
“Wycofujemy się!” usłyszała głos jednego z odkupicieli. Maroon zadarł głowę odrywając wzrok od zmieszanej Aceleve, która nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Wciąż czuła ciepło jego ust na jej wargach i to pieczenie jakby domagała się więcej. Zagryzła wargi próbując nie dopuszczać do umysłu jednej wiadomości. 
Maroon był odkupicielem. W jej uszach dudnił dźwięk wody, która poruszała się wraz z ich ciałami. Czuła jak ciężkie trapery ciągnął ją na dno więc wolno poruszała stopami, aby utrzymać się na tafli wody. Dodatkowo mocniej zacisnęła palce na szyi Maroona muskając opuszkami materiał czarnego szalika. Nie odzywała się, nie wiedziała co powiedzieć słowa grzęzły jej w gardle nie mogła sprawić aby wydostały się na zewnątrz, więc po prostu wbiła pełen nadziei wzrok w Maroona. 
Chłopak jednak cały czas zadzierał głowę do góry patrząc na helikopter, z którego nagle spadła sznurowa drabinka umożliwiająca Maroonowi wejście do środka. Chłopak chwycił jeden ze szczebli w dłoń po czym spuścił wzrok na Ace. Ich oczy spotkały się i oboje mieli wrażenie, że to jedyna rzecz jaka pozostała w nich z ludzi, którymi byli dwa lata temu. Uśmiechnął się czule widząc jak łzy zbierają się w kącikach jej akwamarynowych oczu. Pochylił się nad nią gładząc jej mokre czerwone włosy, które nawet teraz tworzyły delikatne loki. Czuł jak wstrzymała oddech. Zbliżył się do jej ucha i delikatnie musnął je wargami. Po plecach Ace przeszedł dreszcz. 
- Poczekaj na moją wiadomość, nie myśl sobie, że kiedy cię znalazłem zostawię cię znowu, nawet nie mam takiego zamiaru. - Mimowolnie Ace zarumieniła się czuła jego ciepły oddech na swojej skórze i jego głos, nie słyszała go tak długo. Nadal był niski, męski, a ton sprawiał, że mogła go słuchać godzinami. Chwycił ją za rękę oczekując, że dziewczyna chociaż odpowie na uścisk ona jednak zrobiła coś więcej splotła swoje palce z jego palcami i wbiła w niego wzrok kiedy chłopak się oddalił. Uśmiechnęła się. W jej uśmiechu mieszało się wiele uczuć, które tworzyły niezgrabną breję. Czuła tęsknotę, żal, radość, cierpienie i miłość tyle skrajnych uczuć. 
Helikopter uniósł się powoli zmuszając Maroona do pożegnania. Dziewczyna nadal nie spuszczała z niego wzroku kiedy ten powoli uniósł się do góry, a wraz z nim jego dłoń spleciona z jej dłonią. Ace wzięła głęboki oddech musiała się przełamać, musiała w końcu coś powiedzieć. 
- Maroon! - krzyknęła w końcu kiedy ich dłonie rozłączyły się, a ona poczuła wszechogarniające zimno wody. - Tęskniłam! - dokończyła i dostrzegła nikły uśmiech na jego twarzy nim kompletnie zniknął z jej oczu. 
Przyłożyła zimną dłoń do policzków próbując je jakoś ochłodzić jednak to nie dało wiele bo w jej umyśle ciągle widniał obraz jego zielonych tęczówek patrzących na nią tym zakochanym wzrokiem.

~*~

Dziś są moje urodzinki! :D w końcu mam tyle lat co reszta xd To mnie czasem dobija, bo mam kolegę starszego o ponad 11 miesięcy! Fuck this xd Dobra co do rozdziału macie co chcieliście :D Nawet nie wiecie jaki miałam zaciesz kiedy go pisałam boziu!!!Cały czas się uśmiechałam nie mogę się doczekać aż będę pisać o ich kolejnym spotkaniu oczywiście tym które zapowiedział Maroon ale do tego to jeszcze sporo czasu :3 Mam nadzieję, że podobało się wam, życzę wszystkim wesołego weekendu! A i dziękuję ci moja kochana moments za życzenia odwdzięczę się jak przyjdzie pora :3



________

CDN

piątek, 7 grudnia 2012

|10|


~Plan~

Pojedyncze pełne zmęczenia krzyki roznosiły się dookoła, a z tych jęków przebijał się głośny krzyk Fava, który jak mantrę powtarzał polecenia. 
Z prawej.
Z lewej. 
Z prawej.
Kop. 
Około dwa tuzina “rekrutów” powtarzało ruchy zaraz po komendzie. Mickey szybkim krokiem zeszła po zboczu stając ramię w ramię z fioletowookim. Chłopak przywitał ją szybkim skinieniem głowy, cały czas bowiem musiał powtarzać musztrę. Mickey uśmiechnęła się do niego promiennie. Mundur Fava był dosyć specyficzny, był to płaszcz z kapturem przez co bardzo przypominał bluzę, czerń stroju komponowała się z hebanowym kolorem włosów. 
Brązowowłosa rozejrzała się dookoła wśród tłumu studentów wyszukując tego jednego. I w końcu znalazła go w drugim rzędzie. Patric mocnymi ciosami okładał drewniany bal. Jego pięści były owinięte bandażami, a po jego czole spływał pot. Jakimś dziwnym cudem Patric wyglądał jak facet. Tak jakimś dziwnym cudem ponieważ dla Mickey to zawsze będzie Patric nie facet, chociaż z teoretycznego punktu widzenia był facetem. Od takiego toku myślenia wszystko jej się pomieszało. Sęk w tym, że teoretycznie faceci ciągnął do siebie kobiety, a na samą myśl, że mogłaby się zakochać w Patriku czuła pewien ucisk w żołądku. Nie był to jednak ucisk sugerujący, że może jednak coś… nie wręcz przeciwnie Mickey po prostu powstrzymywała się od wybuchnięcia śmiechem. Szturchnęła Fava w bok i podniosła się na palce, aby szepnąć mu coś na ucho. Fave uśmiechnął się i skinął głową. 
- Dobra przerwa!- wrzasnęła Mickey nieco przesadzając, chciała jednak aby było ją wyraźnie słychać. Podziałało, na dźwięk nowego w dodatku kobiecego głosu mężczyźni obrócili się i jak na wznak rozległy się głośne gwizdy, a wśród nich jeden pomruk. W przeciwieństwie do innych rekrutów na widok Mickey ubranej w górę swojego munduru, krótkie spodenki i trampki, nie zagwizdał chociaż musiał przyznać, że jej długie nogi prezentowały się zjawiskowo. Zamiast tego przyłożył dłoń do głowy i wymamrotał:
- Boże tylko nie to. - I już wtedy poczuł na sobie wzrok, już stąd widział te rozbawione ciemne oczy. Opuścił dłoń i spojrzał krzywo na dziewczynę, która z Łobuziarskim uśmiechem na twarzy wezwała go do siebie gestem dłoni. Gest był nieco wyzywający, a każdy uważał, że długonoga piękność kieruje go do niego jednak żaden nie odważył się podejść. 
- No dalej Pat, przecież miałeś mi skopać tyłek. - Przypomniała, a cyniczny uśmieszek nie schodził z jej drobnych ust. Zgodnie z oczekiwaniami zgrzany Pat wyszedł przed szereg. 
- Na pewno chcesz dostać po tyłku młoda? - zapytał odwzajemniając jej uśmiech. 
- Jeszcze zobaczymy - rzuciła - Postaram się zbytnio ciebie nie poturbować tatuśku. - kolejny cyniczny komentarz padł z jej ust. Patric uderzył zabandażowaną pięścią w otwartą dłoń po czym uśmiechnął się. 
- Zazwyczaj nie biję dzieci, ale dla ciebie zrobię wyjątek. - powiedział nieco rozbawionym głosem, a tłum rekrutów zagwizdał gdzie niegdzie słychać było okrzyki “walcz! Walcz!” Więc oboje dali im to czego chcieli. 

Mickey dokończyła bandażowanie dłoni i obiła dwie pięści o siebie. Patric przestąpił z nogi na nogę jakby chciał się rozgrzać. Rekruci utworzyli wokół nich swego rodzaju krąg po środku, którego stał Fave. Spojrzał na Patrica, który skinął głową na znak, że jest gotowy, a Mickey powtórzyła jego gest kiedy Fave obrócił się w jej stronę. Fioletowooki podniósł dłoń po chwili opuszczając ją z donośnym okrzykiem “walczcie!”. Był tak zadowolony jakby chciał to zrobić od wielu lat, a jego ton był naprawdę podobny do głosów komentatorów bokserskich. Mickey podniosła gardę, a Patric zrobił to samo. Przez chwilę, krążyli wokół siebie. Tłum wokół nich wiwatował podniecony zbliżającym się widowiskiem. W końcu Patric zdecydował się zaatakować pierwszy. Wymierzył prawy sierpowy prosto w czaszkę Mickey, ta jednak gdy ramię znalazło się wystarczająco blisko wybiła cios lewą pięścią i natychmiast zadała cios prawym sierpowym prosto w nos Patrica. Chłopak uchylił się jednak w bok i uniknął ciosu. Podnieśli gardę. Przez jakiś czas trwała bezowocna wymiana ciosów i uników. W pewnym momencie Mickey zadała precyzyjny cios lewą pięścią, jednak Patric powtarzając jej wcześniejszy ruch wybił cios, nie miał jednak dużej kontroli i obrócił się przy tym. Mickey wykorzystując sytuację spróbowała zadać cios łokciem w jego łopatkę, Patric był jednak szybszy i chwycił jej łokieć otwartą pięścią. Mickey wyrwała go z jego uścisku. Patric kontratakował wymierzając cios w bok Mickey, dziewczyna schyliła się do przysiadu i zadała mu dezorientujący cios nogą w brzuch. Pat nie pozostał jednak dłużny i wymierzył kolejny cios, a ona po raz kolejny go wybiła po czym znów powróciła do gardy, a wycieńczony po treningu chłopak chcąc to już zakończyć zadał cios w jej gardę. Dziewczyna odbiła go łokciem, a Patric wykorzystując jej lukę w obronie błyskawicznie zadał kolejny cios. Mickey schyliła się i szybko wstała wymierzając precyzyjny i trafiony cios w jego żuchwę. Szarooki zachwiał się, a Mickey wykorzystała przewagę. Zacisnęła uścisk na jego szyi i podcięła jego nogę w kostce. Pat upadł na glebę, a Mickey przygwoździła go siadając okrakiem na jego brzuchu. Tłum zaczął wiwatować jej imię. Zadowolona spojrzała chłopakowi w szare oczy. Uśmiechała się promiennie, jednak Patric nie wydawał się być w najlepszym humorze, w dodatku Mickey nie ważyła mało. 
- Niewyżyta jesteś? - zapytał czując jak jej uda coraz ciaśniej zacieśniały się na jego tali. Mickey zachichotała. 
- A żebyś wiedział. - Patric mimowolnie uśmiechnął się, ale później wyraz jego twarzy zmienił się. Wyraźnie było mu ciężko. 
- Mogłabyś już ze mnie zejść- burknął jeszcze w miarę uprzejmie. Mickey uśmiechnęła się i wstała wyciągając ku niemu dłoń, którą Patric posłusznie pochwycił. Podciągnęła go do góry, a chłopak niemal natychmiast znalazł się niebezpiecznie blisko dziewczyny. Starli się klatkami piersiowymi i znów Mickey poczuła ścisk w żołądku, tym razem inny, wywołany jego rozgrzanym ciałem. Zanim jednak zdąrzyła podnieść na niego oczy on położył dłoń na jej głowie. 
- Dobra walka mała, następnym razem nie dam ci forów. - Powiedział, a wtedy Mickey podniosła na niego swoje ciemne oczy i ścisk w jej żołądku zniknął, zobaczyła uśmiech Patrica. 

Ace zsunęła się na ramię Mii. Dziewczyna mimowolnie obróciła się w kierunku rudowłosej. Zasnęła. Zmęczona podróżą ukryła oczy pod powiekami, a usta zatopiła w białym szaliku, który absorbował jej ciepły oddech. Mickey siedziała obok rudowłosej także przysypiając. Podróż trwała już od dwóch godzin, a Mia też powoli opadała z sił. Fave spojrzał jej w oczy, których wzrok napotkał spoglądając we wsteczne lusterko. 
- Możesz iść spać. Obudzę cię kiedy dojedziemy na miejsce. - zapewnił ją z uśmiechem. Mia odwzajemniła go, po czym oparła się o głowę rudowłosej. W jej uszach odbijały się dźwięki nadajnika łowców. Delikatny głos piosenkarki wybił się pośród innych dźwięków, ale kiedy Mia wtopiła się w ramiona morfeusza po prostu zanikł. 

W środku panował gwar to było pewne. Co najmniej czterdziestka łowców tłoczyła się w wielkim nadmorskim hangarze. Wszyscy zabierali ze sobą magazynki, bandaże i coś do picia, słońce prażyło bowiem niesamowicie, a z nerwów z pewnością nikt nie będzie głodny. Wszyscy ubrani w czarne mundury kobiety i mężczyźni tłoczyli się w hangarze, a zewsząd dobiegały rozmowy. Kilkoro z nich stało ściśniętych wokół siebie, a wśród nich sam główny dowódca. To było, więc miejsce w, które zaciągnęła je Mia, Mickey podejrzewała, że i tak udałaby się w tamtą stronę, ciekawiło ją co tak zaabsorbowało towarzyszy broni. 
- Tato! - krzyknęła Mia gdy była już wystarczająco blisko. Wysoki mężczyzna podniósł się z kręgu ukazując swoje oblicze czwórce przybyszy. Był starszy, miał może 40-45 lat nie mniej nie więcej. Jego ciemne włosy zaczęła powlekać siwizna, ale w jego przypadku czyniło go to bardziej dostojnym. Na całej jego twarzy zaczęły pojawiać się zmarszczki, wokół jego czarnych oczu, na czole i wokół ust. Uśmiechnął się na widok swojej córki, która natychmiast przytuliła ukochanego ojca. Dowódca uśmiechnął się, długo nie widział swojej córki, zbyt długo. W końcu jednak Mia jak zwykle nie pozwalając sobie na dłuższe rozklejanie się opuściła ramiona i odeszła na krok.
- Dzień dobry panie. Hunt- przywitał się Fave z uśmiechem. 
- Młody Hawk! - krzyknął Hunt widząc chłopaka w pełni sił i to w dodatku u boku jego córki. - Kiedy ty w końcu zabierzesz się za moją córkę co? Musi swojego staruszka przytulać! Bierz rzesz ty się w końcu do roboty! - Fave poczerwieniał. Mógł się spodziewać właśnie takich komentarzy ze strony ojca Mii. Zawsze to powtarzał nawet przed apokalipsą, Fave jednak nie był tak bezpośredni jak Hunt, był mniej śmiały, ale silny i odważny i co najważniejsze oddałby wszystko za życie Mii. I być może dlatego Hunt tak bardzo go sobie upodobał. Mia była w końcu jego jedyną i najukochańszą córką. Jedyną rodziną jaka pozostała mu po apokalipsie.
- Obiecuję, że się poprawię - wymamrotał cicho, jego policzki nadal były czerwone, a to jeszcze bardziej wzmagało chichot Mii. Hunt zachichotał.
- No ja myślę młodzieńcze! - Jego głos był radosny coraz bardziej zaczynał wszystkim dookoła przypominać świętego Mikołaja, taki pogodny i uśmiechnięty. Teraz przeniósł wzrok na małomówną towarzyszkę całej grupy. Na Ace. 
- O więc ty musisz być Ace? - zapytał, a swoim głosem  zbudził dziewczynę z letargu. Była tak pogrążona we własnych pesymistycznych myślach, że nie dosłyszała nawet żenującej wymiany zdań między dowódcą, a Favem. 
- Tak, dzień dobry panie Hunt- powiedziała krótko podnosząc na dowódcę lekko zamglone niebieskie oczy.
- Twoja matka pracowała dla Event przed apokalipsą, prawda? - zapytał Hunt, sprawiając, że Ace odgoniła ponure myśli, musiała się skupić, a już na pewno wytłumaczyć ze swojego pochodzenia. Event czyli odkupiciele jak kol wiek ich nie nazwać byli wrogami i tylko to się liczy. Słysząc słowa swojego ojca i wiedząc, że Ace nie otrząsnęła się jeszcze z informacji, które przekazała jej tydzień temu wiedziała, że coś niedobrego może się stać. To wstrząsnęło także Mią i Mickey. Przyjaciółki popatrzyły po sobie. 
- Nie oskarżaj Ace o coś co nie jest jej winą, nie miała wpływu na swoją rodzinę tato. - wtrąciła Mia stając między ojcem, a przyjaciółką, pokazując mu jak wiele rudowłosa dla niej znaczy. 
- Po za tym przeżywa teraz ciężki okres, proszę jej bardziej nie męczyć. - dodała Mickey kładąc dłoń na ramieniu przyjaciółki. Ace uśmiechnęła się nieznacznie, po czym skinęła głową na znak, że jest wdzięczna. 
- Spokojnie. Muszę się skupić, ale jeżeli on tam będzie proszę nie każcie mi go zabijać. - Szepnęła cicho dziewczyna. Mia skinęła głową. 
- Jeśli będzie trzeba zrobię to za ciebie. - upewniła ją, wiedziała bowiem, że odkupiciele mogli wykasować mu pamięć lub coś podobnego nie wiadomo jaką technologię skrywali i dzięki tej technologii Maroon mógł zapomnieć kim była Ace i ją zabić. 
- Dziękuję Mia - Ace uśmiechnęła się, był to najbardziej wysoły uśmiech na jaki było ją teraz stać. Przeniosła wzrok na jej ojca. - Nie ma się pan co martwić o moją przynależność do łowców panie. Hunt. Moje kontakty z Event zakończyły się kiedy te dranie zabiły moich rodziców, a teraz wybaczcie, ale pójdę zaczerpnąć świeżego powietrza. - jej głos załamał się w połowie zdania i to była prawdopodobnie jedyna przyczyna dla, której Ace tak szybko opuściła hangar, po prostu nie wytrzymała. Pan Hunt przeniósł pytający wzrok bystrych czarnych oczu. Chyba tylko on nie wiedział o co chodzi. Mia westchnęła bała się, że to może nastawić ojca przeciwko Ace, z drugiej strony jednak nie mogła ukrywać tak ważnych informacji przed swoim ojcem , a jednocześnie przywódcą ich organizacji. 
- Ace prawdopodobnie jest zakochana w odkupicielu. - odparła, krótko, a Hunt uniósł jedną brew. 
- Poznała jakiegoś odkupiciela?
- Nie… znali się jeszcze przed apokalipsą… on po prostu pracował w Event…- Hunt kiwnął głową na znak, iż rozumie położenie Ace, zmuszony był w końcu zamordować własną żonę pomimo tego iż już całkowicie nie była sobą i tego, że już go nie kochała to nadal było to dla niego bolesne… patrzeć jak te szare oczy, które tak kochał przybierają odcień czystej bieli. 
- Rozumiem, że walka z odkupicielami może być dla niej trudna, w takim razie wolę jej nie wystawiać na główny front. - stwierdził. 
Spojrzał w stronę planów. Na małym stole nad, którym, pochylali się łowcy wyświetlona była holograficzna mapa punktu spotkania. Był to dwupoziomowy most z czego jego wyższa część znajdowała się na wysokości miasta z, którym była połączona. Pod mostem znajdował się rzeczny akwedukt służący do transportu towaru, widać było, że w niektórych miejscach poziom wody sięgał do kolan, w innych zaś betonowe płyty opuszczone były o całe 5 metrów. Dookoła ulicy wznosiły się wysokie szklane biurowce. 
- A ja myślę, że to błąd ,powinien pan zabrać Ace i Mię jako swoją ochronę, obie mają świetnego cela. Myślę też aby zabezpieczyć kilka budynków obok mostu, a także rzekę pod mostem. Jeżeli dojdzie do walki nasza przewaga będzie większa. Jeżeli wyjdzie pan tylko ze swoją świtą będą myśleć, że mamy mało ludzi. Tymczasem proponuje aby piętnaście osób ukryło się w budynkach, a piętnaście pod mostem. Daje nam to jeszcze… 
- dziewięć osób.- wtrąciła się jedna z dziewczyn zajmująca się planami, oderwała jednak od nich wzrok kiedy Mickey zaczęła mówić. Była pod wrażeniem jej zdolności strategicznych. 
- Ile mamy snajperów? - zapytała zerkając na plany. Naliczyła co najmniej pięć budynków na tyle wysokich, aby nadawały się na stanowiska strzeleckie. 
- Większość z nas jest specem w tej dziedzinie- odparła ta sama dziewczyna. Mickey zlustrowała wysoką czarnowłosą mulatkę bystrym wzrokiem po czym uśmiechnęła się.
- Więc wybierzcie najlepszą dziewiątkę i niech ustawią się w budynkach, ten będzie się najlepiej nadawał chce tam co najmniej trójkę snajperów. - powiedziała wskazując na budynek po stronie na, której mieli stawić się łowcy. Był to wysoki przeszklony biurowiec. Składał się z mozaiki tysięcy okien, które odbijały krajobraz wokół niego. 
- Sprytnie to idealna pozycja strzelecka, jeżeli pojawią się helikoptery jest to wystarczająca wysokość, aby móc je zestrzelić. Po za tym, trudno jest zauważyć snajpera wśród tylu okien.- odezwał się Hunt z pełnym uśmiechem na ustach. Podszedł do mapy i położył dłoń na ramieniu Mickey. 
- Ty moja droga jesteś urodzonym taktykiem! Świetna robota! - zaśmiał się, a na usta Mickey wszedł pełen zadowolenia uśmiech. 
- Carley proszę powiadom wszystkich o naszym planie i wybierz snajperów. Za dwie godziny zaczniemy się przegrupowywać. - Ciemnowłosa mulatka, która cały czas podpowiadała Mickey podczas gdy ta opowiadała swój plan wyprostowała się i zasalutowała patrząc prosto na Hunta. Chwilę później skierowała swoje kroki w głąb sali, aby przekazać wszystkim plany łowców. Walka zbliżała się wielkimi krokami. 
~*~
I jak minęły wam mikołajki? Bo mi strasznie słodko :3 Akurat jest w tym rozdziale wzmianka o świętym mikołaju, dobrze się składa! :D Trochę spóźnione, ale mam nadzieję, że mikołajki minęły wam wesoło :D Trzymajcie się :*


____________

CDN